Niezrealizowany projekt
An Unrealized ProjectNiezrealizowany projekt
Z Wiesławem Andersem rozmawiają Kamila Wielebska i Ania Szynwelska
20.05.10.
Związany z Politechniką Gdańską, aktualnie emerytowany profesor zwyczajny tej uczelni Wiesław Anders, jako młody architekt był wraz ze swymi kolegami, architektami Szczepanem Baumem, Stefanem Philippem i nieżyjącym już Jerzym Piasecznym, autorem projektu, biorącego w 1959 roku udział w konkursie na projekt dzielnicy mieszkaniowej Przymorze, zlokalizowanej po wschodniej stronie ul. Chłopskiej w Gdańsku-Oliwie, później, dla odróżnienia od zaprojektowanego i realizowanego już osiedla Małego Przymorza, nazwanej Dużym Przymorzem. Była to jedna z nowopowstających po II wojnie światowej dużych dzielnic Gdańska, w której miało zamieszkać 40 tysięcy mieszkańców. Ich projekt zdobył wówczas drugie miejsce, zaś do realizacji przeznaczony został inny, nagrodzony pierwszą nagrodą, autorstwa Józefa Chmiela, również obecnie emerytowanego profesora Politechniki Gdańskiej i zmarłego już Tadeusza Różańskiego z gdańskiego Biura Projektów Miastoprojekt. W wyniku rozstrzygnięć konkursu powstały wtedy tak zwane falowce, długie ciągnące się ku morzu 10-piętrowe budynki z wielkiej płyty, wśród nich również ten najsłynniejszy przy ulicy Obrońców Wybrzeża – najdłuższy, mierzący 800 metrów, budynek mieszkalny w Polsce.
KW: Jakie były zasadnicze różnice pomiędzy projektem, który wówczas wygrał, a tym, w którego powstawaniu brał Pan udział?
W naszym projekcie zwracaliśmy bardziej uwagę na przestrzenne rozróżnienie jednostek społecznych, mieszkaniowych związanych z organizacją usług na rzecz głównie dzieci, począwszy od ich narodzenia aż po szkołę średnią – a więc to były żłobki, przedszkola, szkoły, szkoły średnie, a także szkoła zawodowa.
KW: Jak wysoka była to zabudowa?
Była to wielorodzinna zabudowa średniej wysokości, około 5 kondygnacji, w niewielkim procencie występowała też zwarta zabudowa niska, jednorodzinna.
KW: Czyli niższa, niż ta w tym zrealizowanym projekcie.
Trochę niższa, o drobniejszej skali. Bardziej rozproszona, grupowana w takie kolonie – prostopadle do morza biegły ciągi zielone, przy których zlokalizowane były usługi.
KW: Panów propozycja została wyróżniona, nie została zrealizowana. Jak Pan ocenia właśnie to, co zostało zrealizowane, czyli falowce – one do dziś przecież istnieją i są użytkowane.
Jeśli chodzi o formę przestrzenną, są one niewątpliwie bardziej wyraziste od naszej koncepcji. Ale trudno jest teraz powiedzieć, jakie są faktyczne różnice między jednym, a drugim projektem, w sytuacji gdy jeden z nich został zrealizowany, a drugi nie. Zdecydowano się na realizację tamtego projektu, gdyż znalazł on w owych czasach lepsze uznanie jury konkursowego złożonego z sędziów, stanowiących gremium o wysokim autorytecie zawodowym i decyzyjnym.
AS: Mówi Pan jednak bardziej o stronie estetycznej, niż o funkcjonalności...
Tak.
KW: W opisach tej realizacji podkreśla się falujący kształt ciągnącego się w nieskończoność budynku, nazwanego falowcem i już sama ta nazwa nawiązuje do jego usytuowania nad morzem. Szczerze mówiąc przez rok wynajmowałam mieszkanie w tym właśnie najdłuższym z nich i był to, mówiąc krótko, koszmar. Trudno oswoić się ze świadomością, że przebywa się w budynku, w którym mieszka około 6 tysięcy osób. Skala jest nieludzka, przytłaczająca.
Tam jest zbyt duża koncentracja mieszkań z małym rozmieszczeniem usług w dużych strukturach, w związku z tym one są pomyślane na tyle oszczędnie, że na przykład klatki schodowe i piony wind ledwo wystarczają dla potrzeb ludzi, którzy schodzą i wchodzą do swoich mieszkań. Zawsze były problemy z anonimowością użytkowania tych pionów komunikacyjnych w falowcach, a skutki tego były takie, że windy nagminnie niszczono, nie było wiadomo kto to robił. Formy dużych koncentracji mieszkaniowych nie sprzyjają temu, by mogła się wytworzyć jakakolwiek więź sąsiedzka oparta na wspólnej opiece nad wszelkimi urządzeniami, przestrzenią nad lokalami, które są wspólnie użytkowane.
KW: Kiedy tam mieszkałam, była to dla mnie przestrzeń niczyja, zupełnie anonimowa.
Architekci Tadeusz Różański i Józef Chmiel doprowadzili wspólnie do opracowania projektu w fazie zasadniczej koncepcji urbanistycznej. Poszczególne fragmenty dzielnicy i projekty architektoniczne budynków przejęło Miastoprojekt, w którym zatrudniony Tadeusz Różański faktycznie objął funkcję generalnego projektanta Dużego Przymorza. Poszczególne budynki projektowały różne osoby. Muszę Paniom powiedzieć, że może ze względów organizacyjnych było to niezłe rozwiązanie. Nie mieliśmy bowiem na Politechnice Gdańskiej takich warunków, żeby można było rozwinąć specjalistyczne pracownie projektowania takiego dużego założenia, jakim było to osiedle.
Nasz projekt otrzymał wówczas drugą nagrodę. Nie wiem, jak wyglądałaby realizacja, ale gdyby go wykonano w całości, to pod względem programowym i funkcjonalnym dzielnica była pierwszorzędna – był tam związek, spójność pomiędzy wielkością i ilością mieszkań różnego typu – także i niskich i jednorodzinnych domów w zwartej zabudowie, usługami przeznaczonymi dla mieszkańców. Był tam więc cały podstawowy handel, opieka zdrowotna, głównie usługi z zakresu opieki nad dzieckiem, edukacji, wychowania dzieci i młodzieży. Były tam też tereny rekreacyjne, sportowe. Ustawialiśmy te budynki w taki sposób, aby tworzyły kolonie dla 2 tysięcy, 2,5 tysiąca mieszkańców, czyli jeśli to podzielimy przez 4 otrzymamy powiedzmy – jakieś 800 mieszkań w takim zespole, a każdy z nich był takiej wielkości, że biorąc pod uwagę średnie zaludnienie możliwe na takiej powierzchni i potencjalną liczbę dzieci w wieku przedszkolnym, odpowiadały one mniej więcej liczebnie wielkości jednego przedszkola 3-oddziałowego. Programowo i funkcjonalnie to była dobra koncepcja. Ale formalnie możliwe, że te węże idące prostopadle do morza, czyli falowce mogły być bardziej interesujące dla decydentów, którzy rozstrzygali o wynikach konkursu.
KW: Dla mnie najważniejszym elementem, wynikającym z Pana opowieści o tej koncepcji, która nie została zrealizowana, jest różnica w podejściu do kształtowania przestrzeni widoczna w obu tych projektach. Oraz to, jak to wpływa potem na społeczność, która zamieszkuje taką przestrzeń.
Nie chciałbym, żeby to, co mówię o właściwościach naszego projektu zostało przyjęte jako wielka krytyka realizacji Dużego Przymorza. Zostało ono zrealizowane, posiada swoje cechy pozytywne i negatywne, o których Pani mówiła. Nasz projekt zaś nie został zrealizowany, więc ciężko je dziś porównywać.

Wiesław Anders, Szczepan Baum, Stefan Philipp, Jerzy Piaseczny, projekt Dużego Przymorza
KW: Jak Pan jednak myśli, czy w ogóle takie blokowiska, osiedla z wielkiej płyty mają jeszcze rację bytu? Wciąż są budowane, choć jak pokazuje doświadczenie bardzo szybko się dewaluują.
Różnie to bywa. Po zniszczeniach podczas II Wojny Światowej w wielu miejscach Europy trzeba było po prostu odbudowywać miasta. Tam, gdzie można było to zrobić i tam gdzie była taka wola społeczności, rekonstruowano, odbudowywano pewne formy historyczne, zabytkowe struktury, jak na przykład Główne Miasto w Gdańsku. Ale nie mogło to zaspokoić potrzeb ciągle wzrastającej liczby mieszkańców. Dotyczy to oczywiście nie tylko polskich miast – również miast zniszczonych w północnej Francji, Holandii czy Niemczech północnych. Również tam przejechał ten „walec wojny” i tam też wytworzyła się potrzeba odbudowy.
Po operacji Overlord, czyli lądowaniu Aliantów w Normandii, które rozpoczęło się 6 czerwca 1944 roku, miasta północnej Francji zostały prawie zupełnie zniszczone. Trzeba było po prostu znaleźć sposób na szybką odbudowę. I w tych warunkach powstały, rozwinęły się te technologie wielkiej płyty, wielkiego bloku, konstrukcji monolitycznych w zastosowaniu do budownictwa funkcjonalnych, ale bardzo racjonalnych struktur mieszkaniowych. Na przykład takie miasto jak Saint-Lô, gdzie całe miasto, nawet zabytkowe śródmieście jest odbudowane przy pomocy technologii uprzemysłowionych.
Technologie te były obliczone na mniej więcej jakieś 40 – 50 lat trwania. A teraz właśnie mija od tego czasu około 50 lat. Bez remontów bieżących i bez remontów kapitalnych, którymi można by było przedłużać ich konstrukcyjną przydatność i użytkowanie, właściwie te budynki przeznaczone są do rozbiórki. Są dwa rozwiązania: wszędzie tam, gdzie budynki da się jakoś zhumanizować, przystosować do współczesnych potrzeb i te, które posiadają jeszcze dobry stan techniczny, mało naruszone części konstrukcyjne, warto je jeszcze poddawać takim przekształceniom, modernizacji, remontom kapitalnym i w dalszym ciągu użytkować. Druga droga to jest po prostu rozbiórka tych domów.
KW: Wysadzenie w powietrze, tak jak w przypadku słynnego Pruitt-Igoe.
Rozbiórka domów może być wykonana w różny sposób. Są przypadki, gdy używane są jednostki saperskie, które wysadzają takie budynki i to oczywiście interesująco wygląda. Ale czasem się je stopniowo rozbiera, widziałem takie przypadki, kiedy niszczono je po prostu, rozbijając ciężkimi kulami. Można też jednak zrobić tak, jak robił to mój znajomy profesor z Belgii, architekt Lucien Kroll, który humanizował takie blokowiska, doprowadzał do rozbudowy bloków, do łączenia mieszkań, do przekształceń ich funkcji, działał w kontakcie z mieszkańcami, pozyskiwał dodatkową powierzchnię użytkową mieszkania poprzez wysuwanie z istniejącego budynku wsporników podtrzymujących dobudowaną kubaturę na wyższych kondygnacjach.
AS: W jakich latach się tym zajmował?
To były lata 90. Tak więc nie tak dawno.
KW: Ale to oczywiście jest kosztowne.
Tak, to jest kosztowne, ale były jednak podejmowane próby, aby te budynki przystosować do współczesnych potrzeb, zmieniających się potrzeb. Zaczęły je zamieszkiwać już inne pokolenia, również zupełnie inne rodziny, niż te, które zasiedlały je w chwili powstawania. Można więc powiedzieć, że te ciężkie, wielkopłytowe, przemysłowe technologie realizacji budynków rozwijane w latach 60., 70. i może jeszcze trochę w 80., technologie, które były związane z tak zwanymi fabrykami domów, w których produkowano wielkie płyty – one były w pewnym okresie odpowiedzią na potrzeby. Produkcja mieszkań była w owych czasach bardzo wysoka. Teraz mieszkań produkuje się 1/3 tego, co wtedy, a może nawet i mniej – 1/4 w skali rocznej. W Polsce w tych czasach, o których mówimy produkowano, czyli oddawano do użytku trochę mniej, niż 300 tys. mieszkań rocznie. Jak jest teraz? Dokładnie nie wiem, trzeba by było sprawdzić w rocznikach statystycznych ale mniemam, że nie dochodzi do setki, jakieś 70, 80 tysięcy.
Ciągle mamy duże potrzeby jeśli chodzi o mieszkania, przy jednoczesnym braku zdolności zapłaty, kupna tych mieszkań. W związku z tym deweloperzy budują ich nieco więcej w stosunku do zdolności nabywania ich przez ludzi, przez mieszkańców. Mieszkanie oczywiście też podlega temu prawu ekonomicznemu popytu i podaży. Ale zawsze jest pewna strona socjalna tego zagadnienia – powinność większych struktur społecznych, państwowych, żeby umożliwić właściwie każdej rodzinie nabycie mieszkania. Tutaj właśnie, bardziej lub mniej ujawnia się pewna kolizja. W naszym kraju jeszcze nie jest tak źle jeśli chodzi o to zagadnienie, ale są miejsca na świecie, gdzie problem braku możliwości pozyskania mieszkania – obojętnie w jaki sposób – nabycia, wynajęcia jest bardzo wyraźny. To zjawisko faweli, czy też różnych struktur tymczasowych, ludzie mieszkający na działkach, tak jak i u nas czasami się zdarza. Uwidacznia to, że potrzeby są większe, niż możliwości ich zaspokojenia, czy to w zakresie indywidualnym mieszkańców, czy poprzez pomoc większych struktur – banków, towarzystw, budownictwa tanich mieszkań.
KW: Chciałabym jeszcze powrócić do Gdańska, miasta które pod koniec wojny w 1945 roku zostało prawie całkowicie zburzone. Czy istniały takie koncepcje, które nie zakładały przywrócenia historycznej zabudowy, jak to się właśnie stało, ale chciały stawiać właśnie nowoczesną architekturę? Wiem, że Pana dyplom to był dworzec kolejowy w Gdańsku... Czy chodziło o dworzec centralny?
Tak, tak.
KW: Była to pewnie nowoczesna architektura? Obronił Pan dyplom w 57 roku...
Tak. A już w 56', jeszcze podczas studiów zacząłem pracować na Politechnice Gdańskiej. Dyplom robiłem u prof. Witolda Minkiewicza – to była ważna postać jeśli chodzi o środowisko architektów lwowskich. Przed wojną pełnił on zaszczytną funkcję rektora Politechniki Lwowskiej, kiedy to stanowisko opuścił prof. Kazimierz Bartel, powołany na premiera dwóch kolejnych rządów II RP. Po wojnie prof. Witold Minkiewicz miał zostać konserwatorem Zamku Królewskiego na Wawelu, potem przybył do Gdańska. Tutaj kształcił architektów i brał żywy udział w projektowaniu odbudowy Gdańska. Był to znakomity architekt o bogatym dorobku twórczym i wielkim autorytecie naukowym i zawodowym. Istotnie, robiłem u niego dyplom. Dostałem taki właśnie temat, miałem po prostu zaprojektować dworzec centralny dla Gdańska, łączący swą kubaturą obie strony powiększonej liczby torowisk i peronów. Projektowałem więc dużą rozbudowę dworca, a powiedziano mi, że nie obowiązują mnie w tym temacie żadne sprawy związane z zachowaniem jakichkolwiek struktur zabytkowych. Taki wówczas otrzymałem teoretyczny temat.
KW: A jaki był stan faktyczny zachowania tego zabytkowego, przedwojennego dworca?
Był zniszczony w wyniku działań wojennych, z ubytkami w pokryciu dachowym, ale główny korpus stał i mógł być odrestaurowany, co później nastąpiło. Kiedy przyjechałem do Gdańska w 50 roku, aby rozpocząć studia, Główne Miasto było zdruzgotane, odgruzowywaliśmy rejon ul. Długiej, gdzie wszystko było zniszczone. Sterczał kikut wieży Ratusza. Od strony Ogarnej w kierunku Katedry to właściwie były same gruzy. Kiedy chodziło się po gruzach Ogarnej, widać było gruzy ulicy Długiej...
KW: I nie było żadnych pomysłów, aby stawiać tam modernistyczną architekturę?
Muszę powiedzieć, że pomysły, aby tworzyć architekturę racjonalną i w jakiś sposób przystosowywać stare budowle albo przekształcać je na wzór form modernistycznych istniały jeszcze przed zburzeniem Gdańska i można je znaleźć w publikacjach niemieckich, na przykład dotyczących przekształceń architektury ulicy Długiej z okresu Wolnego Miasta Gdańska. Były pomysły kompletnego pozbawienia dekoracji historycznych istniejących kamienic i przejścia z pionowych rytmów poszczególnych domów mieszczańskich na poziome, modernistyczne ciągi okien. To były takie obrazoburcze, nigdy niezrealizowane pomysły przebudowy.
Po wojnie oczywiście też byli tacy, którzy uważali, że wobec rozmiarów zniszczeń Gdańska nie należy odbudowywać w historycznych formach, ale było bardzo duże środowisko ludzi, którzy działających na rzecz odbudowy zabytkowego Gdańska – do nich należeli m.in. moi profesorowie: prof. Marian Osiński, historyk architektury polskiej, były dziekan Wydziału Architektury we Lwowie i pierwszy po wojnie dziekan takiego wydziału na Politechnice Gdańskiej, prof. Jan Borowski, historyk architektury i pierwszy po wojnie Wojewódzki Konserwator Zabytków w Gdańsku, były profesor Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, prof. Władysław Czerny, urbanista, który był pierwszym wiceprezydentem miasta do spraw odbudowy Gdańska, a także znakomity historyk architektury polskiej i konserwator zabytków, uczony o uznanym powszechnie autorytecie prof. Jan Zachwatowicz z Politechniki Warszawskiej.
Kiedy przyjęto ideę odbudowy Gdańska w jego formie zabytkowej, oczywiście rozważano w jakim stopniu, jak wiernie należałoby odbudowywać miasto jeśli chodzi o układy funkcjonalne kamienic mieszczańskich. Przeważyła idea, aby tylko w przypadkach kamienic dobrze udokumentowanych ikonograficznie prowadzić do wiernej rekonstrukcji. Tak zrobiono na przykład, bardzo późno zresztą – 10, czy 8 lat temu, rekonstrukcję kamienicy Uphagenów na ul. Długiej. Resztę projektowano w ten sposób, że wewnętrzne układy funkcjonalne tych budynków właściwie były już zupełnie nowe. Wykorzystywano stare fundamenty. Rekonstrukcja ta nie była w pełni wierna – ale czy musiała być? Nie było już tych rodzin, które kiedyś mieszkały w tych mieszczańskich kamienicach. Nowi przybysze byli zupełnie inni. Przesiedleni gdzieś z dalekich kresów Polski, wschodnich, wschodnio-południowych. I była wówczas taka teza powtarzana w tym okresie, żeby robotników wprowadzić do śródmieść. Była to teza polityczna, ideologiczna w owym czasie. Organizm zarządzający, finansujący odbudowę Głównego Miasta nazywał się Dyrekcja Budowy Osiedli Robotniczych (DBOR). W tym czasie odbudowano też oczywiście bardzo dobrze wiele zabytków w Gdańsku i czuję się bardzo dumny, że należę do pokolenia ludzi, którzy w jakiś sposób przyczyniali się do tej odbudowy.
Zupełnie inaczej na przykład wiele dziesięcioleci później uchroniono od szybkiej zabudowy Stare Miasto w Elblągu, przywracając mu w odbudowie zabytkowe średniowieczne rozplanowanie.
KW: Brał Pan udział w projekcie odbudowy starówki w Elblągu w drugiej połowie lat 70.
Tak. Już w końcu lat 70. udało nam się przekonać władze, żeby odbudowywać Stare Miasto w Elblągu respektując dawny układ urbanistyczny to znaczy ulice, linie zabudowy, moduły kamienic. Aby zbudować nie wieżowce, wielkie domy towarowe, czy jakieś inne zacierające ślady historycznej zabudowy nowe budynki, ale podporządkować się tym starym podziałom i podjąć próbę odbudowy tego, może nie dokładnie tak, jak było, ale w formach retro. To znaczy nawiązujących do średniowiecznego miasta.
KW: Ostatecznie zwyciężyła tam koncepcja, w której – tak jak Pan mówi – przy zachowaniu dawnych struktur, zrobiono zupełnie nową architekturę, architekturę postmodernistyczną, nawiązującą do tych starych form, a jednak właśnie współczesną. Również w Gdańsku są takie realizacje.
Trzeba mieć bardzo dużą motywację do tego, żeby odbudowywać wiernie zabytkowe budowle. Jest jeszcze tak dużo, istniejących zabytkowych obiektów i warto się właśnie nimi zająć, aby nie niszczały i były współcześnie użytkowane.
KW: W Gdańsku na przykład na Dolnym Mieście, nieco na uboczu turystycznego szlaku.
Tak. Jest jeszcze Twierdza Wisłoujście i wiele innych obiektów zabytkowych o autentycznych własciwych dla okresu ich realizacji cechach. Nie ma natomiast sensu odbudowywać czy zabudowywać pewnych fragmentów miasta przy pomocy form neohistorycznych. Myślę, że tylko w przypadkach niezwykle ważnych budowli, warto przywoływać jakieś stare porządki architektoniczne. W każdym okresie historycznym znaleźć można bowiem rozwiązania znakomite, należące do określonego stylu czy kierunku twórczego, i w każdym okresie można znaleźć też bardzo dużo złych rozwiązań. Także napastliwość krytyków modernizmu, który istniał w swoim czasie i który był silnym nurtem, stylem w architekturze i urbanistyce, powinna być trochę ograniczona i zweryfikowana.
KW: Byłam kiedyś w mieszkaniu w Gdańsku na Starym Mieście i uderzająca właśnie była ta fasadowość owej rekonstrukcji, była to udająca zabytkową fasada, która kryła coś zupełnie nie odpowiadające tej fasadzie.
Myślę, że różnie to bywa, ale lepiej jeśli istnieje zgodność i wzajemny związek pomiędzy układem funkcjonalnym, strukturą konstrukcyjną i formą budowli z jej estetycznymi waściwościami. Obecnie bardzo często używamy słowa postmodernizm, zarówno w stosunku do architektury, jak i literatury, kina, czy innych rodzajów sztuki. Ten postmodernizm objawia się na zasadzie kontrastu z tym, co było wcześniej to znaczy kontrastu z modernizmem i nie jest to wcale kontrast jednoznaczny. Poszukiwania są obecnie wielokierunkowe i niejednorodne. Realizuje się w dalszym ciągu architekturę modernistyczną, racjonalną, będącą kontynuacją modernizmu. Są też jednak poszukiwania związane z odniesieniami do form historycznych, to są te wszystkie retroizmy, retro formalizmy, jakieś neoklasycyzmy, te wszystkie rzeczy eklektyczne, neohistoryzm. A jednocześnie mamy takie kierunki poszukiwań, jak wprowadzanie form regionalnych, czyli najprzeróżniejsze regionalizmy.
KW: Mam takie wątpliwości, czy modernizm pomimo poświęcania uwagi różnym społecznym problemom był jednak wyczulony na człowieka jako jednostkę. Koncepcje, mówiące, że dom jest maszyną do mieszkania... Istnieje tu zbiorowość, anonimowa masa, ale nie człowiek indywidualny, który gdzieś się chyba zagubił.
Sądzę, że współcześnie wznoszony dom mieszkalny, tak jak każda inna budowla powinna w pełni korzystać z obecnych technologii zarówno w okresie jego realizacji, jak też następnie w czasie jego użytkowania. Przytoczone przez Panią określenie, że „dom jest maszyną do mieszkania” nie powinno mieć wydźwięku pejoratywnego. Ważne, aby to była sprawna, wygodna i estetyczna maszyna, służąca dobrze zróżnicowanym potrzebom i preferencjom każdego mieszkańca w kolejnych fazach jego życia. Zagadnienie zagubienia człowieka w moim przekonaniu związane jest z rozwojem cywilizacji przemysłowej i obecnie też cywilizacji informatycznej. Modernizm jest oczywiście wyrazem tej cywilizacji.
Proszę zwrócić uwagę na to jak osłabione są związki rodzinne w obrębie na dalszej rodziny, sieć powiązań rodzinnych – to wszystko zostało wytarte. Istnieje jeszcze w pamięci, ale już tego nie ma, że jeździ się do stryja, czy do ciotki albo babci na wakacje, do małego miasteczka, czy do wsi, czy do majątku, bo babcia jest w domu starców albo już umarła. Istotnie, człowiek współczesny jest coraz bardziej wyobcowany ze wspólnego środowiska.
KW: Być może modernizm próbował zaleczyć jakoś te problemy, ale mu się nie udało. Szukał rozwiązań, nie wszystkie były udane. Może też próbował oswoić człowieka z maszyną, ze światem współczesnym. Pan na przykład kładł w swoich projektach duży nacisk na działania społeczne, na integrację środowiska, na rozwijanie i umacnianie więzi sąsiedzkiej.
Moje pokolenie architektów było bardzo zafascynowane ideami myślenia socjalnego. Chodziło nam o to, żeby poznać, jakie są potrzeby, poszczególnych grup wiekowych mieszkańców. Następnym zagadnieniem było to, w jakim stopniu te wszystkie normatywne, programowe założenia w projektach można było realizować. I tu też oczywiście pojawiał się problem dostępnych środków na realizację, problem pieniędzy.
KW: Czyli zderzenie idei projektowych z rzeczywistością realizacyjną.
Tak. Czyniliśmy wysiłki, aby zapewnić harmonijne w czasie realizowanie całego programu osiedla, zarówno programu mieszkaniowego, jak również towarzyszących usług osiedlowych i zagospodarowania wspólnie użytkowanych jego terenów.
Gdańsk, marzec-maj 2010