My, dzikie wiktorianki, czyli gynealogia pierwszej fali feminizmu
We, Wild  Victorianesses. The Gynealogy of the First Wave Feminism

Ewa Majewska
01.10.09.

W 1837 roku na brytyjskim tronie zasiada królowa Wiktoria, wyznaczając w ten sposób jeden z możliwych początków doby później zwanej „wiktoriańską”. W tym samym roku niejaka Sarah Grimké publikuje w czasopiśmie „The Spectator” Listy o równouprawnieniu płci i sytuacji kobiet (Letters on the Equality of the Sexes and the Condition of Women). Fakt ten można by w przybliżeniu uznać za początek drugiego stadium pierwszej fali feminizmu. Możemy jednak przyjąć, że zaczęła się ona od wystąpień Abigail Smith Adams, Mary Wollstonecraft i Olympii de Gouges w II połowie XVIII stulecia, czego oczywiście nie musimy robić, skoro można tę falę zasadniczo skrócić, i przyjąć za jej początek na przykład lata 90. XIX wieku. Czyni tak Maggie Humm w swoim Słowniku teorii feminizmu, zakładając skądinąd również możliwość wydłużenia I fali do roku 1850, co jest strategią dość zawodną, jeśli pamiętamy na przykład, że kluczowa dla ruchu kobiecego konferencja w Seneca Falls miała miejsce w roku 1848, była planowana od 1840 roku, zaś przygotowały ją wystąpienia kobiet w ruchu abolicjonistycznym w latach 30. XIX wieku inspirowane między innymi tekstami Wollstonecraft. Nie wykluczam, że moje zainteresowanie I falą „nie przyciętą”, ale w całej jej rozciągłości zawdzięczam nie tyle woli pisania o „dzikich wiktoriankach”, ale pochodzeniu – urodziłam się i dorastałam nad morzem, w związku z czym moja relacja ze słoną wodą i falami jest nieco bardziej skomplikowana, niż w wypadku niektórych badaczek feministycznych. Jak by nie było, warto chyba pamiętać o pierwszych, z gruntu oświeceniowych manifestach i deklaracjach feministycznych, które ostatecznie dowiodły, że choć kobieta może stanąć pod gilotyną, o prawa polityczne – główny cel i osiągnięcie pierwszej fali (bez względu na jej długość) musi się nieco postarać.

Mary Wollstonecraft


Rewolucyjne początki, czyli
it's been a long wave, baby
Kiedy Abigail Smith Adams, żona drugiego prezydenta USA, napisała w 1776 roku swój list do amerykańskiego Kongresu, w którym domagała się przyznania kobietom praw politycznych, wzbudziła tylko politowanie. Nawet kobieta, która ze względu na swoje ogromne polityczne wpływy nazywana była przez niektórych „Mrs President”, nie mogła liczyć wśród swych współczesnych na zrozumienie problemu wyrównania szans kobiet i mężczyzn. Ta portretowana w czepku i tradycyjnej sukni dama, otwiera w moim przekonaniu XIX wieczną historię walki o prawa kobiet, w której owe czepki zostaną zrzucone, włosy ścięte, zaś spódnice zastąpione przez spodnie, jak choćby w przypadku George Sand, która „przeistaczając się” w ten sposób w mężczyznę zrealizuje Baudelaire'owską wizję flaneura.

Nieco mniej szczęścia, niż Adams, miała francuska publicystka i aktywistka polityczna Olympia de Gouges, która w 1791 roku ogłosiła słynną Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki. Ten gest oraz późniejsze pamflety w obronie demokracji stały się przyczyną jej ścięcia w 1793 roku. To właśnie ona została przez Cecylię Walewską, polską działaczkę na rzecz praw wyborczych dla kobiet, scharakteryzowana jako żywy dowód na to , że kobieta, choć ma wstęp na szafot, nie ma wstępu na mównicę. W tekście Nasze drogi i cele Walewska pisała: „Trybunki ludu pierwsze podnoszą protest przeciw terrorowi demagogów zalewających Paryż posoką krwi. << I twoim tronem będzie kiedyś szafot! >> rzuca w twarz Robespierrowi Olympia de Gouges [...]”(1).


Olympia de Gouges

Zwracając uwagę na to, że w macierzyństwie kobiety uczą się odwagi znacznie przerastającej odwagę mężczyzn, de Gouges podkreślała niesprawiedliwość i bezpodstawność nierówności płci wobec prawa. W swojej Deklaracji pisała: „Kobieto, obudź się! W całym wszechświecie rozum bije na alarm. Próba przywrócenia przeze mnie stabilnej, godnej i sprawiedliwej sytuacji traktowana jest dzisiaj jako paradoks i jako pragnienie rzeczy niemożliwej”(2). W słowach de Gouges pobrzmiewa sarkazm kantowskiego podsumowania powszechnej niedojrzałości – jak czytamy w Co to jest oświecenie - „O to, by większa część ludzi, (a wśród nich cała płeć piękna) uważała krok ku pełnoletności, już sam dla siebie trudny, także za niebezpieczny, o to troszczą się już ich opiekunowie (...)”(3). W przypadku de Gouges ta troska okazała się wprost zabójcza.

Mary Wollstonecraft, której Vindication of the Rights of Woman wydano w 1792 roku, skupiała się na nierównościach wynikających z różnic w socjalizacji dziewcząt i chłopców. Sięgając do Rousseau i jego pomysłów wychowawczych zawartych w Emilu, Wollstonecraft wskazywała na logiczny związek pomiędzy uczeniem dziewcząt wyłącznie prostych i „dekoracyjnych” czynności, a niestabilnością i głupotą, o które oskarżane są później jako kobiety. Ona również domagała się praw politycznych dla kobiet, poza tym żyła w wolnym związku z protoplastą brytyjskich anarchistów Williamem Goodwinem, ojcem jej córki Mary Shelley, autorki między innymi Frankensteina.


Mary Shelley

Te pierwsze wystąpienia w obronie równouprawnienia wydają mi się początkiem fali, która ostatecznie przyniesie wyborcze prawa dla kobiet europejskich i amerykańskich w I połowie XX wieku. Uważam, że między nimi, a późniejszymi wystąpieniami abolicjonistek, sufrażystek, Entuzjastek i emancypantek jest logiczny i historyczny związek polegający na odwołaniu do rozumu i prawa naturalnego w obronie równości ludzi. Oświeceniowe marzenie o możliwości realizacji idei równości dzięki prawom i konstytucji pobrzmiewa we wszystkich ruchach społecznych XIX wieku, zaś rewolucje francuska i amerykańska stanowią dla nich nieustającą inspirację, czego dowodzi choćby próba przesunięcia daty własnych urodzin z 15 na 14 lipca dokonywana przez całe życie przez brytyjską sufrażystkę z przełomu XIX i XX wieku, Emmeline Pankhurst.

W czepku i na mównicy. Kobiety w amerykańskim ruchu abolicjonistycznym i konwencja z Seneca Falls.
Jak pisze Angela Davis w Women, race and class, siostry Sarah i Angelina Grimke nie planowały zostać feministkami(4). Te gorliwe członkinie amerykańskiej wspólnoty kwakrów początkowo zaangażowały się w ruch na rzecz zniesienia niewolnictwa, co było dość popularne wśród wyznawców tego odłamu chrześcijaństwa. Do walki o prawa kobiet zmusiło je otoczenie – stan Karolina Południowa skazał je na banicję za publikowanie pamfletów abolicjonistycznych, a w szczególności za pamflet skierowany do „chrześcijańskich kobiet”. Te portretowane w czepkach i kraciastych sukniach panie zareagowały pismami o sytuacji kobiet i stały się zwolenniczkami przyznania tej grupie praw politycznych. Bardziej zaangażowana społecznie Sarah już jako mała dziewczynka nauczyła jednego z niewolników czytać, co było w Karolinie Południowej zabronione. W 1837 roku jako pierwsza kobieta pojawiła się na spotkaniu abolicjonistów w Massachusetts, co wywołało sensację, ale też zachęciło inne do udziału w spotkaniach na rzecz wyzwolenia niewolników.

W swojej, przytaczanej już przeze mnie książce Angela Davis dowodzi, że wiele innych kobiet próbowało włączać się w ruch abolicjonistyczny w latach 30. XIX wieku. Były wśród nich dwie, które przeszły do historii jako pomysłodawczynie i autorki spotkania w Seneca Falls, podczas którego 100 osób podpisało słynną Deklarację o prawach politycznych dla kobiet – Lucretia Mott i Elisabeth Cady Stanton. Obie panie spotkały się w 1840 roku na Międzynarodowym Kongresie Abolicjonistów w Londynie, gdzie okazało się, że choć mogą czynnie uczestniczyć w spotkaniach przeciwników niewolnictwa w USA, tu powinny jedynie słuchać w ciszy wystąpień mężczyzn ze specjalnie wyznaczonej do tego celu galerii. Jak podaje Davis, kilku mężczyzn dołączyło na ową galerię na znak protestu, wśród nich były niewolnik Charles Remond(5). Dla Mott i Cady Stanton był to pretekst do zaproszenia do Seneca Falls większej ilości zwolenników i zwolenniczek praw kobiet. Spotkanie odbyło się w dniach 19-20 czerwca 1848 roku i przyjechało na nie w sumie około 300 osób. Pod Deklaracją złożono 100 podpisów, wśród nich widnieje między innymi sygnatura Fredericka Douglassa, byłego niewolnika zaangażowanego w walkę o prawa dyskryminowanych grup społecznych. Angela Davis przytacza jego ripostę na „zarzut” feminizmu – twierdził on, że nigdy nie wstydził się należeć do zwolenników praw kobiet, zaś etykieta feminizmu jest dlań zaszczytem(6).


Elisabeth Cady Stanton

Warto tu może jeszcze przypomnieć, że za ojca samego określenia „feminizm” uznawany jest francuski socjalista utopijny Charles Fourier, zwolennik realizacji ludzkich pasji i namiętności, dzięki czemu, jego zdaniem, wśród ludzi miałyby zapanować równość i szczęście. Autor Theorie des Quatres Mouvements pisał na początku XIX wieku, że kobietom należy się taki sam szacunek, prawa i wolności, jak mężczyznom, zaś małżeństwo nazwał „zalegalizowaną prostytucją”, w której mężczyzna czerpie korzyści z poddaństwa kobiety. Feminizm już w pismach Fouriera był ruchem na rzecz zmiany całego społeczeństwa, a nie tylko poprawy sytuacji kobiet. Autor ten twierdził, że „Szczęście mężczyzn zależy od stopnia wolności przyznanej kobiecie”(7).

W dostępnych od jakiegoś czasu również w Polsce publikacjach feministycznych rzadko wzmiankowane są analogie między dziejami (samo)organizowania się kobiet wokół praw i polityki na świecie i u nas. Tymczasem, gdyby przyjrzeć się bardziej uważnie polskiej herstorii, można by się doszukać wielu podobieństw w dążeniach emancypantek rodzimych i zagranicznych. Zobaczmy, co działo się w tym czasie w Polsce.

Jedną z pierwszych odnotowanych organizacji kobiecych były Entuzjastki, założone przez Narcyzę Żmichowską około 1830 roku i działające do końca lat 40. XIX wieku. Działaczki wchodzące w skład tej organizacji, wśród nich Bibianna Moraczewska i Anna Skimbrowiczowa, dążyły do uzyskania niezależności, ale zajmowały się również walką narodowowyzwoleńczą i działalnością konspiracyjną. Ważnym tematem wskazującym na niejako pre-feministyczny charakter grupy było „posiestrzenie”, rozumiane przez Żmichowską jako strategia budowania więzi przyjaźni między kobietami, która sprzyja ich rozwojowi i wspólnocie. Polemizując z Klementyną z Tańskich-Hoffmanową, autorką popularnych w epoce dzieł dydaktycznych, Żmichowska zwracała uwagę na to, że „W rzędzie cnót [kobiecych – przyp. EM] przeważne miejsce zajmują te, które mężczyzn uszczęśliwić mogą”, zaś najmniej cenne są te, które dotyczą w równej mierze kobiet i mężczyzn, jak ciekawość czy skłonność do plotek(8).


Narcyza Żmichowska

Wśród polskich pisarek niewątpliwymi orędowniczkami „sprawy kobiecej” były również Maria Konopnicka i Zofia Nałkowska, by wymienić tylko najbardziej znane przedstawicielki „polskiej pierwszej fali”. Autorka Roty uważana jest skądinąd również za jedną z pierwszych w naszym kraju sławnych kobiet żyjących w związku lesbijskim – jej traktowana dotąd przeważnie jako przyjaźń relacja z Marią Dulębianką, malarką i jedną z najważniejszych polskich sufrażystek, coraz częściej interpretowana jest jako relacja intymna(9). Dulębianka zasłynęła między innymi zgłaszając swoją kandydaturę w wyborach do sejmu galicyjskiego we Lwowie w 1908 roku, 10 lat przed oficjalnym przyznaniem kobietom praw wyborczych w Polsce. Była krytyczką militaryzmu, nie przeszkodziło jej to jednak wziąć udział w wojnie polsko-bolszewickiej w charakterze sanitariuszki, co przypłaciła życiem. Jej grób jest jedną z nielicznych mogił kobiecych na cmentarzu Orląt Lwowskich, na ogół pomijają go przewodnicy wycieczek.

Maria Konopnicka, rys. Marii Dulębianki Maria Dulębianka


Flaneuse i drag king – kobiety w walce o wolność i ojczyznę
Bodaj najbardziej znaną dziewiętnastowieczną postacią kobiecą, która zrzuciła suknię po to, by jak człowiek (kategoria podówczas utożsamiana zazwyczaj z mężczyzną) swobodnie przechadzać się po Paryżu, była George Sand, czyli Amandine Aurore Lucile Dupin, pisarka i twórczyni jednego z najważniejszych salonów owego stulecia. Zaprzyjaźniona z poetami i muzykami (dobrze znana jest w naszym kraju historia jej relacji z Chopinem), do tego stopnia ceniła sobie niezależność, że postanowiła przekroczyć niekwestionowane wówczas tabu nakazujące kobiecie z wyższych sfer przechadzanie się po mieście zawsze w męskim towarzystwie, aby samotnie spacerować po Paryżu. Pisarka zrealizowała w ten sposób artystyczny projekt Baudelaire'a (który jej skądinąd nie cierpiał i prześmiewczo odnosił się do jej palenia i przeklinania oraz prób przekroczenia kondycji kobiecej).

Polskim przykładem kobiety przekraczającej kulturowe tabu jest oczywiście Emilia Plater – wychowywana w atmosferze patriotyzmu hrabianka z Inflantów, która po wybuchu Powstania Listopadowego wyruszyła wraz z przyjaciółką, Marią Prószyńską, do walki, w czasie której straciła życie. W spodnie często ubierała się również Maria Dulębianka, partnerka Konopnickiej, o której autorka Roty zwykła podobno mówić „mój dzielny Piotruś”(10).


Emilia Plater

Kot i mysz w natarciu, czyli końcowa faza I fali feminizmu
Zawsze bardzo dziwiła mnie łatwość, z jaką niektórzy dzisiejsi publicyści nadają współczesnym feministkom etykietę „radykalne”. Emmeline Pankhurst, która na przełomie XIX i XX wieku proponowała, by najlepszym przyjacielem sufrażystki był kamień lub koktajl Mołotowa wydaje się być znacznie lepszym przykładem radykalizmu, niż większość współczesnych działaczek, które jeśli mają przy sobie kamienie na z gruntu pokojowych demonstracjach, to zawsze jako ozdobę i nigdy jako broń o prawa kobiet. Kobiety, z myślą o których brytyjscy liberałowie wprowadzili w 1913 roku tzw. „prawo kota i myszy” z pewnością sprawiają wrażenie bardziej radykalnych, niż nieśmiało demonstrujące swe niezadowolenie feministki współczesne.


Emmeline Pankhurst

Dodajmy, że nazwa Cat and Mouse act, odnosi się do relacji, w jakiej pozostawało państwo względem uwięzionych sufrażystek, które po długotrwałych strajkach głodowych wypuszczano na wolność z zamiarem ponownego osadzenia w placówkach penitencjarnych zaraz po powrocie do zdrowia.

Wśród najbardziej chyba znanych sufrażystek „zachodnich” często wymienia się Mary „Slasher” Richardson – Kanadyjkę, która w ramach protestu wobec kolejnego aresztowania Emmeliny Pankhurst zaatakowała obraz Wenus z Rokeby Velasqueza. Richardson twierdziła, że atakuje „najpiękniejsze ciało w historii sztuki” w geście solidarności z innym ciałem, które cierpi w brytyjskim więzieniu(11). Jej działanie to jeden z najbardziej znanych aktów „art-terroryzmu”, potem wielokrotnie ponawianych między innymi w Holandii, gdzie atakując obrazy mistrzów próbowano zwracać uwagę na nędzę i nierówności społeczne. W późniejszych latach Richardson włączyła się w działania formacji skrajnie prawicowych, co skądinąd przydarzyło się również kilku innym sufrażystkom. Warto tu jeszcze wspomnieć o Emily Dickinson, która zasłynęła rzucając się pod kopyta konia króla Jerzego, czym chciała zamanifestować swoje poparcie dla przyznania praw wyborczych kobietom. Ostatecznie prawa te przyznano im w Europie tuż po I wojnie światowej, z niechlubnymi wyjątkami Francji (1945) oraz Szwajcarii (trzy kantony zrobiły to dopiero po 1978 roku). Prawo „kota i myszy” to zapomniany element historii praw wyborczych dla kobiet – o aresztowaniach sufrażystek pamięta dziś równie mało osób, co o całonocnym czuwaniu pod Belwederem w 1918 roku w Warszawie, które przyniosło Polkom prawa polityczne.



Mary „Slasher” Richardson

„Kot i mysz” to nie tylko nazwa brytyjskiego prawa, ale również jedno z podstawowych określeń dla praktyk rozwijanej od lat 80. XIX wieku psychoanalizy. Jak twierdzi badaczka feministyczna Jane Gallop, „zabawa w kotka i myszkę” to być może dobry opis niektórych przypadków psychoanalizy, w szczególności zaś – przypadku Dory(12). Zdaniem tej autorki, gdy Freud informuje czytelników we wstępie, że „będzie nazywał kota kotem” (w oryginale użyte zostało określenie francuskie: J'appellerai un chat un chat), jest to informacja dwuznaczna, odsyłająca w ten sposób do pewnej frywolności, jaka mogła towarzyszyć badaniu tego przypadku, jak i do potocznego określenia kobiecych narządów seksualnych (po polsku adekwatnym przekładem freudowskiej sentencji byłoby w związku z tym sformułowanie „nazwę myszkę myszką”). Pomysł na interpretowanie całego opisu przypadku Dory jako „zabawy w kotka i myszkę”, do tego jeszcze zabawy podszytej pewną dozą erotyzmu wiąże się, zdaniem Gallop, z tym, że Freud umiejętnie omija te wszystkie sytuacje, w których do głosu dochodzi prawdziwe pożądanie pacjentki, jak i doznane przez nią napastowanie, natomiast skupia się na tych wszystkich możliwościach interpretacyjnych, które sprzyjają wdrożeniu jego schematu relacji edypalnej. Do takiej interpretacji tego przypadku skłaniają Gallop teksty Catherine Clement i Helene Cixous, które w zbiorze La Nouvelle Nee (fr. „nowonarodzona”) badają mizogyniczne uwikłania psychoanalizy oraz wskazują wywrotowy (Cixous) i zachowawczy (Clement) charakter samej figury histeryczki jako ewentualnego symbolu emancypacyjnych dążeń kobiet.

Warto zaznaczyć, że pacjentki Freuda stawały się symbolami walki o niezależność i prawa kobiet nie tylko jako „figury symboliczne”, ale również w dosłownym sensie tego słowa. Pacjentka znana jako Anna O., zdaniem Breuera autorka samej definicji psychoanalizy jako „leczenia słowami”, która ukuła określenie „talking cure”, by nazwać swoje rozmowy z Breuerem, pozwalające na przerwanie stanów afazji na tle lękowym(13), to Berta Pappenheim, jedna z najważniejszych środkowoeuropejskich żydowskich działaczek na rzecz praw kobiet. Interesowała się szczególnie kobietami biednymi i wykluczonymi, w 1902 roku założyła fundację pomagającą prostytutkom i ofiarom handlu kobietami.



Berta Pappenheim

Anarchistki, komunistki, ministerki.
Choć oczywiście można by ten zwięzły szkic o pierwszej fali zakończyć bardziej prawomyślnymi postaciami, postanowiłam, że na koniec zachowam bardziej wybuchowy akcent – czyli opowieść o kobietach, które jako działaczki, teoretyczki i polityczki wyraźnie zaznaczyły moment wejścia kobiet do przestrzeni publicznej.

Paradoksalnie pierwsze teki ministerialne należały do przedstawicielek wspomnianych w śródtytule radykalnych ideologii politycznych – anarchizmu i komunizmu. Pierwszą kobietą-ministrem (dokładnie: komisarzem ludowym) „na Wschodzie” została bowiem w 1917 roku komunistka, Aleksandra Kołłontaj, zaś „na Zachodzie” - Federica Montseny, anarchistka z Hiszpanii. Choć ta ostatnia nominacja miała miejsce dobrze po I wojnie światowej, w 1937 roku, wydaje mi się, że wyznacza ona symboliczny koniec I fali feminizmu na Zachodzie. Innymi słowy – cele, które w ZSRR kobiety osiągnęły dzięki rewolucji październikowej, zostały na Zachodzie osiągnięte w ramach rewolucji hiszpańskiej, skądinąd w sposób zupełnie nietrwały. Dla historyczek i historyków praw kobiet winno to jednak pozostawać znaczące, że właśnie rewolucje umożliwiły kobietom faktyczne zajęcie stanowisk politycznych.



Federica Montseny

Zanim jednak do tego doszło, rewolucję hiszpańską i październikową poprzedziło żmudne budowanie ruchów społecznych i ideologii komunistycznej i anarchistycznej. W tym tworzeniu fundamentalną rolę odegrały dwie kobiety – Emma Goldman i Róża Luksemburg. Łączyły je dwie cechy – były wyśmienitymi oratorkami i obie pochodziły z rodzin żydowskich. O ile jednak Goldman można by scharakteryzować przy użyciu jej własnej maksymy „jeśli nie mogę do tego tańczyć, to nie jest moja rewolucja”, o tyle Luksemburg była przede wszystkim intelektualistką, zaangażowaną w rozwój marksizmu, a szczególnie w – jak twierdzą niektórzy – po dziś dzień aktualne(14) badania kryzysu, tak w łonie kapitalizmu, jak i europejskich socjaldemokracji.


Emma Goldman


Róża Luksemburg


Obie panie sporo czasu spędzały w aresztach, do których trafiały wówczas również sufrażystki. Luksemburg była wytrwałą orędowniczką działania na rzecz równości społecznej i zmiany systemu politycznego. Słusznie zakładając konieczność aktywnej walki o prawa uciśnionych, autorka ta daje dowód potwierdzonego przez historię realistycznego rozpoznania, w myśl którego prawa człowieka nie są nigdy prezentem dla klas podporządkowanych, o czym zdają się czasem zapominać niektóre przedstawicielki współczesnego feminizmu. Dzielne wiktorianki stanowią moim zdaniem nie tylko relikt pewnej epoki, ale również symboliczne przypomnienie nieodległych walk.

Emma Goldman po kilku aresztowaniach i próbach oskarżenia jej o udział w zamachu Leona Czołgosza na prezydenta USA, Williama McKinleya, została ostatecznie w 1919 roku deportowana z tego kraju. Pojechała do ZSRR uznając, że co prawda nie jest to do końca jej rewolucja, niemniej – spróbuje ją przynajmniej zobaczyć. Uciekła z sowieckiej Rosji, i mieszkała głównie w Wielkiej Brytanii, aby w 1937 roku pojechać do ogarniętej rewolucją Hiszpanii, gdzie po przejęciu władzy przez Franco pomaga wielu uchodźcom wydostać się z nękanego faszystowskim reżimem kraju. Umarła w Kanadzie w 1940 roku.

Wiktorianki i literatura
Emma Goldman zawarła znajomość z wydawczyniami „The Little Review," w tym – z Margaret Anderson, o której pisała „[MA] była kobieca do granic możliwości, nieustannie pełna entuzjazmu. Kilka spędzonych z nią godzin zupełnie zmieniło moje pierwsze wrażenie i uświadomiłam sobie, że pod jej pozorną lekkością była głębia i siła charakteru, która umożliwiała realizację każdego podjętego przez nią zamierzenia”(15). Jeśli uświadomimy sobie, że Goldman opisuje kobietę współodpowiedzialną za pierwsze wydanie uznanego za skandaliczną powieść Ulissesa Jamesa Joyce, zdamy sobie sprawę z tego, że społeczny radykalizm i literatura często spotykają się w najmniej oczywisty sposób. Wygłoszone przez Goldman w 1914 roku w Chicago wykłady anarchistyczne stały się dla Anderson trwałą inspiracją, „The Little Review" nabrało charakteru wywrotowego.

Wspominając o Ulissesie trudno nie przypomnieć, że pierwszą pisarką, która zwróciła uwagę na „strumień świadomości” i uczyniła go strategią pisania literatury była Virginia Woolf... Pisarkę tę można by uznać zarazem za autorkę pomysłu dla niniejszego tekstu – we Własnym pokoju zwraca ona uwagę na to, że do niedawna nie czytałyśmy o tym, jak „kobieta patrzy na kobietę”. W, skądinąd niezbyt interesującej, powieści Mary Carmichael, autorki wymyślonej przez Woolf, znajduje się zdanie o tym, że „Chloe patrzyła na Olivię”. Jest to informacja szokująca, na tle wszystkich literackich opisów tego, jak na kobietę patrzą mężczyźni. Zwracając uwagę na konieczność zmiany perspektywy, stworzenia kobiecej literatury o kobietach, Woolf wyraża kolejne, ostatnie z omawianych przeze mnie, marzenie wiktorianek. Marzenie, by nazywać i wymyślać własną rzeczywistość... ale to już temat na kolejny esej.

Warszawa, 11.06.09

Przypisy:
(1) Cyt. za: A. Górnicka-Boratyńska (red.), Chcemy całego życia. Antologia polskich tekstów feministycznych z lat 1870-1939, s. 193.
(2) O. de Gouges, Deklaracja Praw Kobiety i Obywatelki, przeł. A. Araszkiewicz, Biuletyn Ośka 11/2000.
tekst dostępny on-line: http://www.nowakrytyka.pl/spip.php?article448
(3) I. Kant, Co to jest oświecenie?, [w:] Z. Kuderowicz, Kant, Warszawa 200, s. 194.
(4) Zob. A. Davis, Women, Race and Class, Nowy Jork 1981.
(5) Zob. A. Davis, Femmes, Race et Classe, Paryż 1983, s. 62-63.
(6) Zob. Tamże.
(7) Zob. A. Sikora, Fourier, Warszawa 1989, s. 113.
(8) Fragment z Z. Nałkowska, Słowo przedwstępne do dzieł dydaktycznych pani Hoffmanowej, przytaczam za: A. Górnicka-Boratyńska, Chcemy całego życia, op. cit., s. 37.
(9) Zob. m. in.: K. Tomasik, Homobiografie, Warszawa 2008.
(10) Zob. Tamże.
(11) Zob. artykuł o Mary Richardson w angielskiej Wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/Mary_Richardson .
(12) Dokonany przez Freuda opis tego przypadku znajduje się w tomie: Z. Freud, Histeria i lęk, Warszawa 2001. (13) Dalej będę się również odwoływała do książki J. Gallop Feminism and Psychoanalysis. The Daughter's Seduction?, Cornell University Press, 1982.
(13) Przypadek Anny O. został opisany w wydanej po raz pierwszy w 1895 książce Z. Freud, J. Breuer, Studia nad histerią, wyd. polskie: Warszawa, 2008. O „talking cure” czytamy w tekście Breurera, s. 33-34 niniejszego tomu.
(14) Zob. choćby P. Wielgosz, Róża Luksemburg i kryzys socjaldemokracji, [w:] R. Luksemburg, Kryzys socjaldemokracji, Warszawa, 2005, s. 29.
(15) Cyt. za: Dickran Tashijan, From Anarchy to group force: the social text of 'The Little Review' [w:] N. Sawelson-Gorse, Women in Dada: ssays on sex, gender and identity, MIT Press, 2001, s. 262.



laznia.pl