Gry i dekoracje
Games and Decorations
Games and Decorations
Kamila Wielebska w rozmowie z Kamilą Wielebską
30.08.2009
W co grają ludzie?
Dobre pytanie! Wydaje się, że potrzeba zgłębiania tego zagadnienia wciąż wzrasta...
Oznaczałoby to wzrost świadomości roli samoświadomości w naszym życiu...
Samoświadomość jest bardzo ważna. Bez niej wciąż drepczemy w miejscu, uwikłani w te same gry i schematy wzajemnych relacji.
Wydana w 1964 roku książka psychiatry Erica Berne'a W co grają ludzie jest dość znana. Warto jeszcze chyba przypomnieć napisanego nieco wcześniej przez socjologa Ervinga Goffmana Człowieka w teatrze życia codziennego.
Tak. Oczywiście powstaje wciąż coraz więcej dzieł badających w mniej lub bardziej profesjonalny i ciekawy sposób różnego rodzaju zależności i relacje, w które się nawzajem wikłamy i te wszystkie komedie, dramaty i farsy, które na co dzień świadomie, półświadomie i podświadomie współtworzymy. Przeglądałam nawet ostatnio książkę, której autor odsłaniał mechanizmy wykorzystywane przez różnych życiowych manipulatorów, a jednocześnie w sposób dość jednak cyniczny i sugerujący pewną relatywność moralną, pokazywał, jak skutecznie... manipulować tego typu osobami. Jego propozycja to już nie tyle „podręcznik dobrego życia”, ale „podręcznik bezwzględnej skuteczności”. Może się ona wydawać oczywiście bardzo kuszącą, jednak takie działania na dłuższą metę nie niosą nic dobrego, utrwalają tylko destrukcyjne schematy. To dzięki szczerej i uczciwej pracy z własną świadomością możliwe jest osiągnięcie autonomii i kontaktów wolnych od gry.
Gry i dekoracje. Skąd ten tytuł?
Hm... Przyszło mi to po prostu do głowy i od razu spowodowało różne skojarzenia... Lawinę skojarzeń (śmiech).
A czy nie uważasz, że można na to spojrzeć w kontekście dzieciństwa spędzonego za kulisami w teatrze?
No tak. To ciekawe… Nie pomyślałam wcześniej o tym. Dziękuje, że zwróciłaś mi na to uwagę.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Portret wielokrotny, ok.1916, Petersburg,
zdjęcie z kolekcji Stefana Okołowicza i dzięki jego uprzejmości.
Dlaczego umieściłaś tutaj właśnie to zdjęcie Witkacego? Portret wielokrotny wykonany w Petersburgu około 1916 roku. Stanisław Ignacy Witkiewicz, polski szlachcic, a w warunkach nieistnienia państwa – poddany rosyjskiego cara, służył podczas I wojny światowej i rewolucji październikowej jako oficer w jednym z najbardziej elitarnych pułków jego armii.
Tak. Ten mundur to nie kostium założony do sesji zdjęciowej. W 1914 roku niespełna trzydziestoletni Witkacy podróżował przez Australię na Nową Gwineę, biorąc udział w wyprawie badawczej zorganizowanej przez Bronisława Malinowskiego. Ten jeden z najważniejszych antropologów XX wieku zrewolucjonizował ową dziedzinę zastępując dotychczasowy warsztat pracy – zakurzone muzeum, archiwum i bibliotekę, empirycznymi badaniami terenowymi, prowadzonymi wśród tak zwanych izolatów, czyli społeczności odizolowanych od reszty świata. Tam właśnie, na antypodach, wieść o wybuchu wojny zaskoczyła dwójkę przyjaciół (jak mówili o sobie nawzajem: „Zaratustra dla ubogich, małomiasteczkowy Demiurg”; „filister, tańczący tango karierowicz”). Malinowski postanowił zostać, Witkiewicz wyjechał „Pour la défense de la Pologne”(1) – jak twierdził. Jednak powodów owej decyzji Witkacego o zaciągnięciu się do carskiej armii można doszukiwać się w jeszcze innej męskiej rozgrywce...
Wspomina o tym na przykład Mieczysław Porębski. Ojciec Witkacego był przeciwnej orientacji politycznej i wierzył w tworzone przy armii austriackiej Legiony Piłsudskiego, więc jak pisze Porębski: „trudno jeszcze i w tym kroku nie dopatrzyć się gestu dziecięcej, synowskiej przekory”(2).
No tak, jeśli wciąż tkwi się w tym rodzinnym trójkącie zależności i robi różne rzeczy – choćby i zresztą najczęściej nieświadomie – po to, aby przeciwstawić się mamie czy tacie, aby udowodnić, że sami możemy lepiej niż oni rozegrać własne życie, to raczej nie mamy szans, aby wydostać się z tego zaklętego kręgu owych uwikłań.
Ta sytuacja to paradoks.
W gruncie rzeczy wygląda to dość logicznie. Im bardziej próbujemy się wyzwolić z rozpędzonej maszyny replikującej sytuacje uzależnień, tym bardziej się jeszcze wplątujemy w jej tryby, jesteśmy bowiem zamknięci w formie, którą próbujemy odrzucić, a która coraz bardziej przylega do nas samych, choć przecież nami nie jest. Nie możemy zejść z tej drogi póki poruszamy się wciąż w tym samym kierunku, a jedyne, co ulega zmianie, to strzałki wektorów... Coraz więcej wskazuje na to, że świat nie ogranicza się tylko do dusznej, zamkniętej sceny rodzinno-małżeńskiej, na której musimy wciąż na nowo podejmować te same role i odgrywać jakieś stare kawałki. Życie wydaje się o wiele bogatsze i istnieją sposoby, aby wyrwać się z tych trybów, aby wziąć „koleżeński rozwód z własnymi rodzicami”(3), jak to nazywa Berne, czy aby odnaleźć w sobie „nieświadomość nieedypalną, która w żadnej mierze nie jest przededypalna”(4), jak pisze Pierre Péju w książce Dziewczynka w baśniowym lesie.
To świetna książka. Jej podtytuł brzmi: O poetykę baśni: w odpowiedzi na interpretacje psychoanalityczne i formalistyczne. Péju próbuje w niej wydrzeć baśnie (a wraz z nimi chyba też i coś więcej) ze szponów jednoznacznych interpretacji psychoanalityków.
Możemy przeczytać tam: „W baśniach znajdujemy obrazy, które zaświadczają o nieświadomości przedjednostkowej, nieantropomorficznej, dzikiej i mechanicznej. Istnieją w nas pragnienia, których nie można nazwać inaczej, jak tylko chęcią <>, stania się drzewem lub kamieniem, żabą lub szczurem..., i które nie mają nic wspólnego z taką czy inną fazą libido; a <> nie ma nic wspólnego z wyobrażeniem wszechmocy. Istotą tego innego życia nieświadomości jest ucieczka, która nie jest ucieczką od niczego ani od nikogo: to tylko czyste wymykanie się zachowaniom istoty ludzkiej, rolom społecznym czy rodzinnym, ścisłemu rozgraniczaniu gatunków i rodzajów. […] W centrum wielu baśni znajduje się pułapka, dziura, czarna jama brzucha – można przez nie zejść ku temu, co nie ma nic wspólnego z Edypem, społeczeństwem, rodziną... Wrota lasu, przez które wiatr, wilk, ogr i inne siły natury przedostają się, by nas dosięgnąć. Szczęśliwie dla dziewczynek, szczęśliwie dla wszystkich, baśnie nie są jedynie lekcją akceptacji swojego losu albo zgody na inicjację, są raczej prezentacją. Baśnie dostarczają obrazów zagubienia. A ci, którzy słuchają lub opowiadają, niechaj się bawią obrazami, zastanawiają się albo marzą, albo niech dokonają wyboru”(5).
Powróćmy do Witkacego i jego Portretu wielokrotnego w lustrach. Taki portret zrobił też sobie w 1917 roku Duchamp. Ostatnio widziałam wykonane niegdyś w podobnej manierze zdjęcie Ryszarda Stanisławskiego, legendarnego dyrektora Muzeum Sztuki w Łodzi… To wszystko są męskie wizerunki. Pomyślałam sobie w ich kontekście o ukazującym zmultiplikowany fragment bezokiej twarzy, Portrecie wielokrotnym (czterokrotnym) – rzeźbie Aliny Szapocznikow i Portrecie wielokrotnym Aliny Szapocznikow, książce Agaty Jakubowskiej.
To jest zasadnicza różnica, czy chodzi o portret kobiecy czy też męski…
Tak uważasz?
Nie jest ważne to, co ja uważam. Ważne jest, jak widzą to inni (śmiech). Idea męskiego indywidualizmu ma w kulturze euroamerykańskiej swoją długa tradycję. Portret wielokrotny nawiązujący do tej właśnie tradycji – w tym, jak się wydaje bezpośrednio do interesującej nas tu fotografii Witkacego – wykonała też około 10 lat temu Barbara Konopka. Jednak to już świadomie krytyczna (a może nawet obrazoburcza?) gra z konwencją. Bo wedle wciąż jeszcze – przynajmniej w polskim skansenie kulturowym – ogólnie przyjętych standardów kobiety mają do odegrania zgoła inne role, niż mężczyźni. Spójrz na przykład tutaj: ,,Pragnie [Elisabeth Vigée-Lebrun] podbić nas czarem swej osoby, posługuje się swym malarstwem jako jeszcze jednym wdziękiem.”; ,,Elżbieta [Vigée-Lebrun] i Angelica [Kauffman] różniły się usposobieniem, ale obie były zakochane w sobie, obie miały stosunek narcystyczny do własnej powierzchowności i obie wiele razy malowały siebie”(6). Dla porównania, z tej samej książki na podobny temat: ,,Przyglądając się rysom swej twarzy i kształtom swego ciała, jednostka usiłuje nieraz wniknąć głębiej we własną duszę. Zwłaszcza w burzliwym okresie pokwitania młodzieniec wpatruje się z niepokojem i trwogą we własne rysy, by z nich wyczytać, kim jest. Patrzy w lustro, szukając w nim odpowiedzi na dręczące pytanie ktoś ty?”(7).
To bardzo ciekawe. Co to za tekst?
Mieczysław Wallis Autoportret.
Wynikałoby z tego, że kobiety po prostu nie są zdolne do głębszej refleksji.
Chyba tak, choć książkę tę wydano dość dawno, w 1964 roku, więc może od tego czasu kobiety zdołały już się czegoś wreszcie nauczyć. Na przykład tego, że kiedy zajmujesz się pisaniem, to musisz pamiętać o jednym: powinnaś ciągle cytować, powoływać się na mężczyzn, najlepiej na starych-uznanych albo młodych-ambitnych, albo takich, którzy już nie żyją... albo chociaż na swych rówieśników. Jeśli tego nie robisz – małe szanse, aby to, co mówisz, zostało uznane za wartościowe. Ty babo przemądrzała...
Hm... Wydaje mi się, że akurat zarówno Witkacy, jak i Duchamp byli również zainteresowani (i)graniem z konwencją. Tym, co ich łączy, jest bez wątpienia zamiłowanie do mistyfikacji i ironiczne (choć u każdego o innym zabarwieniu) poczucie humoru, no i te ciągoty ku kompromitowaniu przyjętych granic sztuki...
Tak. Można powiedzieć, że obaj jakoś się mieszczą w konwencji „Awangardowego Artysty”. Pisząc kiedyś o Witkacym Piotr Piotrowski wskazał, że jego pesymizm w stosunku do osiągnięć „nowoczesnej cywilizacji” sytuował go raczej na przeciwnym biegunie, niż patrzących z ufnością w przyszłość i głoszących degradację przeszłości artystów awangardy (8). Powiedziałabym jednak, że niechęć do tradycji wielu pragnących stworzyć „nową” przyszłość artystów awangardy kończyła się tam, gdzie zaczynały się ich domowe pielesze. Nie muszę też chyba dodawać, jak rzadko obsadzane były w tej awangardowej roli kobiety.
To prawda. Praca Barbary Konopki mieści się za to doskonale w konwencji sztuki feministycznej podejmującej grę z dyktatem jasno zdefiniowanej (i zobrazowanej) tożsamości. Lecz i taka gra znana była Witkacemu wcielającemu się na fotografiach w różne postaci, podpisującemu się wieloma, wymyślanymi często dla potrzeby chwili pseudonimami – na przykład Marceli Duchański-Blaga – i współpracującemu z nieistniejącymi współpracownikami. Stefan Okołowicz nazywa jego działania „teatrem życia”(9). Mniej więcej w tym samym czasie, w Paryżu, nieco podobnych wielokrotnych „wcieleń” dokonywała w swych autoportretach Claude Cahun...
...I wydaje się jednak, że jako wymykająca się spod kontroli definicji i męskiego oka oraz uchylająca się od roli muzy kobieta miała do przełamania o wiele bardziej twardą konwencję.
A co powiesz o Rrose Sélavy? Fotografowanie się w damskich fatałaszkach w latach 20. XX wieku mogło wywołać skandal nawet w Paryżu. W przedwojennej Polsce to byłoby w ogóle chyba nie do pomyślenia....
Tak, polska kultura jest pod tym względem do dziś bardzo restrykcyjna i jedyne ustępstwo, na jakie mogła pójść, to przykłady walczących z zaborcą konspiratorów przemycających w zakamarkach swych sukien nielegalną bibułę.
Witkacy jest też postacią o rysie tragicznym. Nie chodzi tu nawet o owe dramatyczne wydarzenia, których był świadkiem i które położyły podwaliny pod jego katastroficzną wizję schyłku kultury europejskiej. Drażniąc „publiczność” i podsycając wokół siebie atmosferę skandalu, skarżył się równocześnie na brak poważnego traktowania jego dorobku. Być może jednak niejako skazał się na taki los, pozostając w miejscu i środowisku, które nie było w stanie w jakikolwiek konstruktywny sposób odpowiedzieć na jego działania i gdzie żaden impuls nie mógł tak naprawdę pobudzić go intelektualnie.
Mamy więc męskie portrety wielokrotne wykonane przez artystów (ten Stanisławskiego uznajmy za ewidentny wyraz narcystycznej próżności), przez Witkacego i Duchampa. W prezentującym fotografie tego pierwszego albumie Przeciw Nicości znajduję wzmiankę dotyczącą jeszcze kilku przykładów podobnych fotografii, a także informację, że sposób uzyskania owego tricku dokładnie opisał Albert A. Hopkins w książce zatytułowanej Magic, wydanej w Nowym Jorku w 1897 roku...(10).
Epoka wiktoriańska... (śmiech). Wiesz, kiedy patrzę na tę fotografię, na której jedna twarz spogląda na kilka innych tożsamych jej twarzy, to przychodzi mi do głowy jeszcze jeden magiczny motyw, Threefold Law, Prawo Trójpowrotu: „Cokolwiek uczynisz, dobrego czy złego, powróci do ciebie po trzykroć”.
W wymiarze jednostkowego życia wszystko, co nas spotyka, to, co z tym dalej robimy dla siebie i to, co wysyłamy dalej w świat, widoczne jest na naszej twarzy, rzeźbi ją i modeluje. A ponieważ najważniejsze są zawsze oczy, nie można przywdziać żadnej maski, która mogłaby kogokolwiek skutecznie i tak naprawdę oszukać. Zdawała sobie z tego doskonale sprawę tak powierzchowna osoba, jak Oskar Wilde, autor Portretu Doriana Graya.
A więc właściwie powinno się mówić, że wszystko jest zapisane w oczach, a nie w twarzy. Oczu nie można ukryć pod żadną maską. Dlatego też osoby, które grają nie fair i mają „coś do ukrycia”, starają się podczas rozmowy nie patrzeć zbytnio w nasze. „Po oczach” też można poznać, czy ktoś jest szczęśliwym człowiekiem.
W 1925 roku Witkacy postanowił zakończyć swą twórczość malarską, założył natomiast Firmę Portretową „S.I. Witkiewicz”. W ramach owej (prowadzonej wraz w wyimaginowanymi współpracownikami) firmy zajmował się komercyjnym wykonywaniem portretów na zamówienie, zaś precyzyjne szczegóły i zasady jej funkcjonowania ściśle określił w specjalnym Regulaminie.
To ciekawe, że mniej więcej w tym samym czasie (1923 rok), po wykonaniu dzieła Panna młoda rozebrana przez swych kawalerów, jednak, czyli tajemniczej Wielkiej Szyby, tradycyjnie rozumianą twórczość artystyczną zakończył – przynajmniej oficjalnie – także Marcel Duchamp, który od tej pory poświęcił się grze w szachy. Z niezłym skutkiem, bo w 1925 roku francuska federacja szachowa przyznała mu tytuł mistrza, brał także udział w szachowych olimpiadach. Szachów nie można skomercjalizować, tak jak komercjalizuje się sztukę. Duchamp uważał zresztą, że szachiści są artystami (choć nie wszyscy artyści są szachistami rzecz jasna). André Breton miał o nim powiedzieć, że we wszystkim, co robi, rozgrywa swą wieczną partię szachów.
Tak, o różnicach i podobieństwach postaw Witkacego i Duchampa pisze Porębski (11).
Mogłabym tu jeszcze tylko dodać, że obaj umarli w tym samym, 1968 roku.
Halo halo. Coś Ci się chyba pomyliło... To doskonale znany fakt, że Witkacy umarł 18 września 1939 roku w Jeziorach na terenach należących obecnie do Ukrainy. Wraz ze swoją kochanką i muzą Czesławą Oknińską, którą zresztą odratowano, popełnił samobójstwo na wieść o wkroczeniu Armii Czerwonej na terytorium Polski... Właśnie obchodzimy 70. rocznicę jego śmierci!
Obchodzimy... (śmiech). Dobre sobie. Opisane przez Ciebie wydarzenia to tylko scenariusz kolejnej mistyfikacji Stanisława Ignacego Witkiewicza. Odurzona weronalem Oknińska nie była zbyt wiarygodnym świadkiem, zmieniała swą wersję wydarzeń, nie widziała martwego ciała. W 1988 roku władze sprowadziły jego trumnę do Polski i urządziły uroczysty pogrzeb, jednak ekshumowane w 1994 roku zwłoki, okazały się być szczątkami – jak podaje oficjalny raport – „należącymi do kobiety w wieku 25–30 lat, o wzroście około 164 cm”. Po wojnie ktoś odebrał w Warszawie zamówioną przez niego w 1939 sztuczną szczękę, a w latach 50. Witkacy zaczął wysyłać pocztówki... Podobno jednak sporządzał takie antydatowane kartki, które wręczał przyjaciołom z rozkazem wysłania w odpowiednim momencie, na przykład w roku 2000 którymś... Alternatywny scenariusz zakłada, że Stanisław Ignacy Witkiewicz zmarł w 1968 roku w Łodzi. Wtedy też Czesława Oknińska przestała kupować jego ulubione piwo. Witkacy podobno ukrywał się w jej mieszkaniu, prowadząc grę z poszukującymi go służbami bezpieczeństwa PRL. Z pewnością więcej światła na tę sprawę rzuci już niedługo nowy film Jacka Koprowicza Mistyfikacja(12).
Ty zawsze potrafisz mnie czymś zaskoczyć. Skoro mowa o Witkacym i Duchampie, nie zapominajmy też o Wittgensteinie, ich rówieśniku, który zresztą jako Austriak podczas I wojny światowej służył przez jakiś czas w Krakowie. W 1918 roku, po ukończeniu pracy nad pisanym jeszcze w okopach Traktatem, zaniechał zajmowania się filozofią, do której powrócił jednak nagle w 1928 roku, aby zająć się Dociekaniami na temat „gier językowych”, który to termin „ma podkreślać, że mówienie jest częścią pewnej działalności, pewnego sposobu życia”...(13). Jest w tym motywie ucieczki, nagłego zniknięcia, porzucenia idei coś iście gwiazdorskiego, o czym raczej zapomina się w naszej polskiej, cierpiętniczej kulturze, gdzie zniknięcie kojarzone jest jednoznacznie z rodzajem wykluczenia, chociażby dobrowolnego lub też oznacza klęskę. Tymczasem, aby być sławnym wystarczy dobrze i w odpowiednim momencie zniknąć, o czym świadczą „spotykania trzeciego stopnia” z Jimem Morrisonem, Elvisem, a nawet Andy Warholem... Ostatnio renesans popularności przeżywa Michael Jackson. Wiesz, pomyślałam sobie o tym filmie, który niedawno razem oglądałyśmy...
I'm not there Todda Haynesa, którego nie było w polskiej dystrybucji kinowej, więc jest tu mało znany. Haynes nakręcił film zapowiadany jako „prawdziwa, zmyślona, przerysowana historia o największym artyście, buntowniku, poecie naszych czasów”, żyjącym ciągle Bobie Dylanie, w którym nie przedstawia jednej spójnej wizji, nie podejmuje jednoznacznej i zwartej próby stworzenia całościowego obrazu. To raczej swobodna, elastyczna improwizacja ukazująca liczne aspekty osobowości Dylana, a raczej: migawki z życia sześciu wyrazistych postaci, z których każda (być może) mogłaby być Dylanem, odegrane przez sześć Hollywoodzkich gwiazd: Cate Blanchett, Christiana Bale’a, Heatha Ledgera, Richarda Gere, Bena Whishawa i Marcusa Carla Franklina.
Właśnie, wróćmy jeszcze na chwilę do gier, w które grają ludzie. Czy nie wydaje Ci się, że uczestnictwo w nich jest jednak w pewnym sensie kuszące?
Wiesz, oprócz zabijającej spontaniczne relacje i reakcje toksyczności jest w nich jeszcze coś bardzo przygnębiającego. Kiedy widzisz zbyt wyraźnie, jak inni próbują wciągnąć cię do swoich gierek w roli naiwnego widza-gracza... Kiedy to widzisz tak bardzo wyraźnie, czasami przestaje to być zabawne i zaczyna naprawdę męczyć i irytować... Czasami zaś patrzenie na taką kondycję ludzką jest po prostu bardzo smutne.
Berne kończy swoją książkę zdaniem: „Być może oznacza to, że nie ma nadziei dla gatunku ludzkiego, a tylko dla poszczególnych jego przedstawicieli”(14). Czy jednak kwestia komunikowania się z innymi ludźmi nie powinna być sprawą nadrzędną?
Wydaje mi się, że równie ważna, a właściwie nawet podstawowa jest umiejętność komunikowania się z samym sobą. Większość ludzi jednak rażąco to zaniedbuje, otumaniając się czymkolwiek, skutecznie uniemożliwia ten wewnętrzny kontakt. Powoduje to liczne problemy, kompleksy, frustracje, nerwice, kłujące pod skórą ambicyjki, które co jakiś czas zaczynają swędzieć… Hodowanie w sobie tego zielska, zamiast troskliwego pielęgnowania ogródka świadomości, powoduje nieobliczalne spustoszenia w najprostszych relacjach międzyludzkich. Czasami lepiej po prostu trzymać się od tego z daleka. To oszczędza wiele nerwów. Szczera codzienna rozmowa z samym sobą... gdyby tylko wszyscy ją uprawiali. Zresztą... może to tylko takie złudzenie. Nie wszyscy przecież mają chyba tak naprawdę dobre intencje?
Milczysz? Czy to odpowiedź na moje pytanie? W tradycji euroamerykańskiej kultury odpowiedź w formie milczenia nie jest uznawana za zadowalającą. Tradycja rozbuchanego ego i panoszącego się indywidualizmu uznaje taką postawę za niegodną, traktuje ją jako pasywną oznakę słabości. Zachodnia nauka chce znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie tylko przyjdą jej do głowy. W imię poszukiwań przestrzeni dla swego rozrastającego się ego nie daje spokoju nawet bezbronnym izolatom...
Wiesz... myślę o Wittgensteinie. Kiedy powrócił do filozofii, w Dociekaniach najwyraźniej zrealizował swój postulat kończący wcześniejszy Traktat, pozostawiając pewne kwestie milczeniu. Na 784 znajdujących się tam pytań udziela tylko 110 odpowiedzi, w tym w większości z zamierzenia błędnych(15).
Wittgenstein traktował swoje rozważania jako rodzaj terapii, która miałaby nas uleczyć ze skłonności do filozofowania. Ja z kolei pomyślałam o księciu Siddhartha, który w wieku dwudziestu dziewięciu lat po raz pierwszy wyszedł ze swego wspaniałego pałacu, a to, co zobaczył, spowodowało, że potajemnie porzucił ów pałac, rodzinę i swe królewskie obowiązki i udał się na poszukiwania...
Niezwykłe, że o tym wspominasz. Moją ostatnią lekturą była książka-rozmowa powstała w wyniku spotkania Jeana-Claude'a Carrière, dziennikarza i scenarzysty filmowego współpracującego między innymi z Luisem Buñuelem, z Dalajlamą. Czytamy tam między innymi: „Żaden ślad substancji nie trwa w nas w niezmiennej postaci. Żyjemy w nieprzerwanym strumieniu powiązań, które w każdej chwili warunkują naszą egzystencję. Nie mamy żadnej możliwości mówienia o naszym <>, o naszym bycie. Buddyści nie mogą pójść za Kartezjuszem i jego słyną sentencją. Nic nie upoważnia nas do przejścia od myśli do bytu; oba są elementami tego samego strumienia zmian. Zamiast stwierdzić: <> możemy co najwyżej powiedzieć w tym momencie, gdy mówimy: <> lub raczej jak Nietzsche: <> ”(16).
Tak. Budda podważał swój własny autorytet, zalecając zaufanie tylko w stosunku do samego nauczania, nie do nauczyciela. Na kilka kwestii odpowiedział też milczeniem, nie dają się one zgłębić myślą, a nazywa się je „czternastoma niewyjaśnionymi kwestiami”(17). W książce Carrière'a cenny jest też przypomniany wątek powiązań nauki Przebudzonego z surrealizmem. W kwietniu 1925 w trzecim numerze „Révolution surréaliste" ukazał się tekst Antonina Artaud zatytułowany Do Dalajlamy, w którym pisał między innymi: „Wewnętrznie cię przypominam, ja, zawieszony między wszystkimi formami i nie oczekujący niczego więcej oprócz wiatru, ja, ja powiew, powieka, idea, lewitacja, sen, krzyk, porzucenie idei”(18).
Rozmowa Jeana-Claude'a Carrière z Dalajlamą nasuwa niekiedy skojarzenia z rozważaniami Wittgensteina. Fragment, w którym mowa jest o pustce, przypomina mi późny esej O pewności, w którym nawiązuje on do twierdzeń George'a Edwarda Moore'a. Pojęcie pustki należy, obok nietrwałości, braku ego i cierpienia, do czterech podstawowych pojęć buddyzmu. Jak powiada Budda: „Forma jest pustką, pustka jest formą”.
„Najpierw jednak trzeba wyraźnie powiedzieć, że słowo <> nie oznacza <>. Niektórzy komentatorzy niesłusznie posądzali buddyzm o nihilizm. Świat, którego część stanowimy, nie jest bytem w sobie ani sumą bytów. Jest płynnością. Strumieniem stanów. To nie znaczy, że jest niczym.
Powiedzenie <> nie oznacza <>.
W żadnym wypadku. I oznacza również, że wszystkie rzeczy zależą od innych rzeczy. Nic nie istnieje oddzielnie. Zresztą uważam, że w tej kwestii nauka podąża tą samą ścieżką, co my.
Też tak sądzę. Częściej kładzie nacisk na związki między zjawiskami, niż na same zjawiska.
Mówimy, że rzeczy poddane wszelkim wpływom pojawiają się, istnieją i znikają. Nieustannie.
W stałym przepływie.
Nigdy jednak nie istnieją same w sobie. Na przykład ta ręka... […] Sprawia wrażenie trwałej i spójnej. Jawi się patrzącemu jako określona forma. Ma wszelkie pozory jedności. […] Jeśli jednak poważnie się zastanowić, to czym w gruncie rzeczy jest moja ręka? Czy jest palcem? Nie, mogę co najwyżej powiedzieć, że palec jest palcem, nie ręką. Następnie, czy jest kostkami? Nie, ponieważ mogę ją <> na kostki, badać, oglądać i nazywać jedynie każdą z nich.
Dlaczego zresztą mielibyśmy zatrzymywać się na kostkach?
No właśnie! Mogę zagłębiać się w materię, która tam jest i nigdy tak naprawdę nie natknę się na moją rękę.
Ale posługuje się pan ręką.
Po to jest. I jestem z niej bardzo zadowolony. Tę kombinację różnych elementów, z których każdy się rozkłada i które razem się łączą, nazywamy ręką. To bardzo proste. Tak ją określamy w wyniku procesu umysłowego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Oto, co nazywamy względną rzeczywistością.
Która jest zależna od elementów innych, niż ona sama?
Właśnie. Ponieważ nic się nie dzieje bez przyczyny. Głęboką naturą tej ręki jest przynależność do całej sieci wpływów, z których żaden nie jest trwały.
Dlatego to ręka pewnego dnia przestanie być pańską ręką.
Będzie nią przez bardzo krótki moment w porównaniu z wiekiem świata. Przez ulotną, ledwo dostrzegalną chwilę. Wszyscy jesteśmy przekonani, że żyjemy niezależnie jedni od drugich, że ta ręka, ta kartka papieru mają oddzielne egzystencje.
Nasz umysł potrzebuje oddzielać i nazywać. Nie potrafi zaakceptować złożonej i nieokreślonej wizji świata.
Należy jednak uznać i próbować zrozumieć tę złożoną wizję. Bez tego nadal będziemy trwać w iluzji. Gdyby każda żywa istota, każdy przedmiot posiadały niezależną egzystencję, żaden inny czynnik nie potrafiłby na nie wpłynąć. […].
I właśnie tę nieobecność niezależnej egzystencji nazywa pan <>?
Tak, dokładnie. Forma jest więc <>, czyli nieoddzielona, nie istnieje niezależnie. Jest względna.
Dlaczego pustka ma formę?
Ponieważ każda forma rozwija się w tej pustce, tam gdzie nie ma niezależnej egzystencji. Pustka istnieje tylko po to, aby prowadzić do formy. Nie może być inaczej. Pustka bez formy nie miałaby sensu. W tym sensie kartka papieru jest pusta. Pusta, czyli pełna. Pełna całego kosmosu”(19).
Przypisy:
(1) List A. Jałowieckiej do matki Witkacego z 13 II 1915. Publ. [w:] Witkiewicz Listy do syna, s. 640-641 (Aneks), cyt. za: M. Porębski, Miejsce Witkacego, [w:] tegoż, Interregnum. Studia z historii sztuki XIX i XX wieku, Kraków 1979, s. 203.
(2) M. Porębski, dz. cyt.
(3) E. Berne, W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich, przeł. P. Izdebski, Warszawa 1997, s. 154.
(4) P. Péju, Dziewczynka w baśniowym lesie. O poetykę baśni: w odpowiedzi na interpretacje psychoanalityczne i formalistyczne, przeł. M. Pluta, Warszawa 2008, s.86.
(5) Tamże, s. 86; 129.
(6) M. Wallis, Autoportret, Warszawa 1964 , s.79.
(7) Tamże, s.16.
(8) Zob. P. Piotrowski, Metafizyka obrazu. O teorii sztuki i postawie artystycznej Stanisława Ignacego Witkiewicza, Poznań 1985, s. 100-125.
(9) S. Okołowicz, Przeciw Nicości, [w:] E. Franczak, S. Okołowicz, Przeciw Nicości. Fotografie Stanisława Ignacego Witkiewicza, Kraków 1986, s. 23.
(10) E. Franczak, S. Okołowicz, dz. cyt. s. 27; 62, objaśnienie do fotografii zamieszczonej pod numerem 171.
(11) Zob. M. Porębski, dz. cyt.
(12) Obecnie zaś fotosy z filmu, egzemplarz scenariusza i wywiad wideo z reżyserem można zobaczyć w CSW w Toruniu w ramach wystawy Poszliśmy do Croatan. 19.06.-27.09.09, kuratorzy: R. Rumas, D. Muzyczuk.
(13) L. Wittgenstein, Dociekania filozoficzne, przeł. B. Wolniewicz, Warszawa 1972, s. 20, teza 23.
(14) E. Berne, dz. cyt., s.155.
(15) Zob. W. Sady, Wstęp do Dociekań filozoficznych,
http://sady.umcs.lublin.pl/sady.witt.df.htm [data dostępu: 14.08.2009].
(16) Jego Świątobliwość Dalajlama i J.-C. Carrière, Siła buddyzmu, przeł. B. Kuchta, Warszawa 1998, s. 53.
(17) Zob. tamże, s. 44.
(18) Cyt. za: tamże, s.72.
(19) Tamże, s.178-180.
30.08.2009
W co grają ludzie?
Dobre pytanie! Wydaje się, że potrzeba zgłębiania tego zagadnienia wciąż wzrasta...
Oznaczałoby to wzrost świadomości roli samoświadomości w naszym życiu...
Samoświadomość jest bardzo ważna. Bez niej wciąż drepczemy w miejscu, uwikłani w te same gry i schematy wzajemnych relacji.
Wydana w 1964 roku książka psychiatry Erica Berne'a W co grają ludzie jest dość znana. Warto jeszcze chyba przypomnieć napisanego nieco wcześniej przez socjologa Ervinga Goffmana Człowieka w teatrze życia codziennego.
Tak. Oczywiście powstaje wciąż coraz więcej dzieł badających w mniej lub bardziej profesjonalny i ciekawy sposób różnego rodzaju zależności i relacje, w które się nawzajem wikłamy i te wszystkie komedie, dramaty i farsy, które na co dzień świadomie, półświadomie i podświadomie współtworzymy. Przeglądałam nawet ostatnio książkę, której autor odsłaniał mechanizmy wykorzystywane przez różnych życiowych manipulatorów, a jednocześnie w sposób dość jednak cyniczny i sugerujący pewną relatywność moralną, pokazywał, jak skutecznie... manipulować tego typu osobami. Jego propozycja to już nie tyle „podręcznik dobrego życia”, ale „podręcznik bezwzględnej skuteczności”. Może się ona wydawać oczywiście bardzo kuszącą, jednak takie działania na dłuższą metę nie niosą nic dobrego, utrwalają tylko destrukcyjne schematy. To dzięki szczerej i uczciwej pracy z własną świadomością możliwe jest osiągnięcie autonomii i kontaktów wolnych od gry.
Gry i dekoracje. Skąd ten tytuł?
Hm... Przyszło mi to po prostu do głowy i od razu spowodowało różne skojarzenia... Lawinę skojarzeń (śmiech).
A czy nie uważasz, że można na to spojrzeć w kontekście dzieciństwa spędzonego za kulisami w teatrze?
No tak. To ciekawe… Nie pomyślałam wcześniej o tym. Dziękuje, że zwróciłaś mi na to uwagę.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Portret wielokrotny, ok.1916, Petersburg,
zdjęcie z kolekcji Stefana Okołowicza i dzięki jego uprzejmości.
Dlaczego umieściłaś tutaj właśnie to zdjęcie Witkacego? Portret wielokrotny wykonany w Petersburgu około 1916 roku. Stanisław Ignacy Witkiewicz, polski szlachcic, a w warunkach nieistnienia państwa – poddany rosyjskiego cara, służył podczas I wojny światowej i rewolucji październikowej jako oficer w jednym z najbardziej elitarnych pułków jego armii.
Tak. Ten mundur to nie kostium założony do sesji zdjęciowej. W 1914 roku niespełna trzydziestoletni Witkacy podróżował przez Australię na Nową Gwineę, biorąc udział w wyprawie badawczej zorganizowanej przez Bronisława Malinowskiego. Ten jeden z najważniejszych antropologów XX wieku zrewolucjonizował ową dziedzinę zastępując dotychczasowy warsztat pracy – zakurzone muzeum, archiwum i bibliotekę, empirycznymi badaniami terenowymi, prowadzonymi wśród tak zwanych izolatów, czyli społeczności odizolowanych od reszty świata. Tam właśnie, na antypodach, wieść o wybuchu wojny zaskoczyła dwójkę przyjaciół (jak mówili o sobie nawzajem: „Zaratustra dla ubogich, małomiasteczkowy Demiurg”; „filister, tańczący tango karierowicz”). Malinowski postanowił zostać, Witkiewicz wyjechał „Pour la défense de la Pologne”(1) – jak twierdził. Jednak powodów owej decyzji Witkacego o zaciągnięciu się do carskiej armii można doszukiwać się w jeszcze innej męskiej rozgrywce...
Wspomina o tym na przykład Mieczysław Porębski. Ojciec Witkacego był przeciwnej orientacji politycznej i wierzył w tworzone przy armii austriackiej Legiony Piłsudskiego, więc jak pisze Porębski: „trudno jeszcze i w tym kroku nie dopatrzyć się gestu dziecięcej, synowskiej przekory”(2).
No tak, jeśli wciąż tkwi się w tym rodzinnym trójkącie zależności i robi różne rzeczy – choćby i zresztą najczęściej nieświadomie – po to, aby przeciwstawić się mamie czy tacie, aby udowodnić, że sami możemy lepiej niż oni rozegrać własne życie, to raczej nie mamy szans, aby wydostać się z tego zaklętego kręgu owych uwikłań.
Ta sytuacja to paradoks.
W gruncie rzeczy wygląda to dość logicznie. Im bardziej próbujemy się wyzwolić z rozpędzonej maszyny replikującej sytuacje uzależnień, tym bardziej się jeszcze wplątujemy w jej tryby, jesteśmy bowiem zamknięci w formie, którą próbujemy odrzucić, a która coraz bardziej przylega do nas samych, choć przecież nami nie jest. Nie możemy zejść z tej drogi póki poruszamy się wciąż w tym samym kierunku, a jedyne, co ulega zmianie, to strzałki wektorów... Coraz więcej wskazuje na to, że świat nie ogranicza się tylko do dusznej, zamkniętej sceny rodzinno-małżeńskiej, na której musimy wciąż na nowo podejmować te same role i odgrywać jakieś stare kawałki. Życie wydaje się o wiele bogatsze i istnieją sposoby, aby wyrwać się z tych trybów, aby wziąć „koleżeński rozwód z własnymi rodzicami”(3), jak to nazywa Berne, czy aby odnaleźć w sobie „nieświadomość nieedypalną, która w żadnej mierze nie jest przededypalna”(4), jak pisze Pierre Péju w książce Dziewczynka w baśniowym lesie.
To świetna książka. Jej podtytuł brzmi: O poetykę baśni: w odpowiedzi na interpretacje psychoanalityczne i formalistyczne. Péju próbuje w niej wydrzeć baśnie (a wraz z nimi chyba też i coś więcej) ze szponów jednoznacznych interpretacji psychoanalityków.
Możemy przeczytać tam: „W baśniach znajdujemy obrazy, które zaświadczają o nieświadomości przedjednostkowej, nieantropomorficznej, dzikiej i mechanicznej. Istnieją w nas pragnienia, których nie można nazwać inaczej, jak tylko chęcią <
Powróćmy do Witkacego i jego Portretu wielokrotnego w lustrach. Taki portret zrobił też sobie w 1917 roku Duchamp. Ostatnio widziałam wykonane niegdyś w podobnej manierze zdjęcie Ryszarda Stanisławskiego, legendarnego dyrektora Muzeum Sztuki w Łodzi… To wszystko są męskie wizerunki. Pomyślałam sobie w ich kontekście o ukazującym zmultiplikowany fragment bezokiej twarzy, Portrecie wielokrotnym (czterokrotnym) – rzeźbie Aliny Szapocznikow i Portrecie wielokrotnym Aliny Szapocznikow, książce Agaty Jakubowskiej.
To jest zasadnicza różnica, czy chodzi o portret kobiecy czy też męski…
Tak uważasz?
Nie jest ważne to, co ja uważam. Ważne jest, jak widzą to inni (śmiech). Idea męskiego indywidualizmu ma w kulturze euroamerykańskiej swoją długa tradycję. Portret wielokrotny nawiązujący do tej właśnie tradycji – w tym, jak się wydaje bezpośrednio do interesującej nas tu fotografii Witkacego – wykonała też około 10 lat temu Barbara Konopka. Jednak to już świadomie krytyczna (a może nawet obrazoburcza?) gra z konwencją. Bo wedle wciąż jeszcze – przynajmniej w polskim skansenie kulturowym – ogólnie przyjętych standardów kobiety mają do odegrania zgoła inne role, niż mężczyźni. Spójrz na przykład tutaj: ,,Pragnie [Elisabeth Vigée-Lebrun] podbić nas czarem swej osoby, posługuje się swym malarstwem jako jeszcze jednym wdziękiem.”; ,,Elżbieta [Vigée-Lebrun] i Angelica [Kauffman] różniły się usposobieniem, ale obie były zakochane w sobie, obie miały stosunek narcystyczny do własnej powierzchowności i obie wiele razy malowały siebie”(6). Dla porównania, z tej samej książki na podobny temat: ,,Przyglądając się rysom swej twarzy i kształtom swego ciała, jednostka usiłuje nieraz wniknąć głębiej we własną duszę. Zwłaszcza w burzliwym okresie pokwitania młodzieniec wpatruje się z niepokojem i trwogą we własne rysy, by z nich wyczytać, kim jest. Patrzy w lustro, szukając w nim odpowiedzi na dręczące pytanie ktoś ty?”(7).
To bardzo ciekawe. Co to za tekst?
Mieczysław Wallis Autoportret.
Wynikałoby z tego, że kobiety po prostu nie są zdolne do głębszej refleksji.
Chyba tak, choć książkę tę wydano dość dawno, w 1964 roku, więc może od tego czasu kobiety zdołały już się czegoś wreszcie nauczyć. Na przykład tego, że kiedy zajmujesz się pisaniem, to musisz pamiętać o jednym: powinnaś ciągle cytować, powoływać się na mężczyzn, najlepiej na starych-uznanych albo młodych-ambitnych, albo takich, którzy już nie żyją... albo chociaż na swych rówieśników. Jeśli tego nie robisz – małe szanse, aby to, co mówisz, zostało uznane za wartościowe. Ty babo przemądrzała...
Hm... Wydaje mi się, że akurat zarówno Witkacy, jak i Duchamp byli również zainteresowani (i)graniem z konwencją. Tym, co ich łączy, jest bez wątpienia zamiłowanie do mistyfikacji i ironiczne (choć u każdego o innym zabarwieniu) poczucie humoru, no i te ciągoty ku kompromitowaniu przyjętych granic sztuki...
Tak. Można powiedzieć, że obaj jakoś się mieszczą w konwencji „Awangardowego Artysty”. Pisząc kiedyś o Witkacym Piotr Piotrowski wskazał, że jego pesymizm w stosunku do osiągnięć „nowoczesnej cywilizacji” sytuował go raczej na przeciwnym biegunie, niż patrzących z ufnością w przyszłość i głoszących degradację przeszłości artystów awangardy (8). Powiedziałabym jednak, że niechęć do tradycji wielu pragnących stworzyć „nową” przyszłość artystów awangardy kończyła się tam, gdzie zaczynały się ich domowe pielesze. Nie muszę też chyba dodawać, jak rzadko obsadzane były w tej awangardowej roli kobiety.
To prawda. Praca Barbary Konopki mieści się za to doskonale w konwencji sztuki feministycznej podejmującej grę z dyktatem jasno zdefiniowanej (i zobrazowanej) tożsamości. Lecz i taka gra znana była Witkacemu wcielającemu się na fotografiach w różne postaci, podpisującemu się wieloma, wymyślanymi często dla potrzeby chwili pseudonimami – na przykład Marceli Duchański-Blaga – i współpracującemu z nieistniejącymi współpracownikami. Stefan Okołowicz nazywa jego działania „teatrem życia”(9). Mniej więcej w tym samym czasie, w Paryżu, nieco podobnych wielokrotnych „wcieleń” dokonywała w swych autoportretach Claude Cahun...
...I wydaje się jednak, że jako wymykająca się spod kontroli definicji i męskiego oka oraz uchylająca się od roli muzy kobieta miała do przełamania o wiele bardziej twardą konwencję.
A co powiesz o Rrose Sélavy? Fotografowanie się w damskich fatałaszkach w latach 20. XX wieku mogło wywołać skandal nawet w Paryżu. W przedwojennej Polsce to byłoby w ogóle chyba nie do pomyślenia....
Tak, polska kultura jest pod tym względem do dziś bardzo restrykcyjna i jedyne ustępstwo, na jakie mogła pójść, to przykłady walczących z zaborcą konspiratorów przemycających w zakamarkach swych sukien nielegalną bibułę.
Witkacy jest też postacią o rysie tragicznym. Nie chodzi tu nawet o owe dramatyczne wydarzenia, których był świadkiem i które położyły podwaliny pod jego katastroficzną wizję schyłku kultury europejskiej. Drażniąc „publiczność” i podsycając wokół siebie atmosferę skandalu, skarżył się równocześnie na brak poważnego traktowania jego dorobku. Być może jednak niejako skazał się na taki los, pozostając w miejscu i środowisku, które nie było w stanie w jakikolwiek konstruktywny sposób odpowiedzieć na jego działania i gdzie żaden impuls nie mógł tak naprawdę pobudzić go intelektualnie.
Mamy więc męskie portrety wielokrotne wykonane przez artystów (ten Stanisławskiego uznajmy za ewidentny wyraz narcystycznej próżności), przez Witkacego i Duchampa. W prezentującym fotografie tego pierwszego albumie Przeciw Nicości znajduję wzmiankę dotyczącą jeszcze kilku przykładów podobnych fotografii, a także informację, że sposób uzyskania owego tricku dokładnie opisał Albert A. Hopkins w książce zatytułowanej Magic, wydanej w Nowym Jorku w 1897 roku...(10).
Epoka wiktoriańska... (śmiech). Wiesz, kiedy patrzę na tę fotografię, na której jedna twarz spogląda na kilka innych tożsamych jej twarzy, to przychodzi mi do głowy jeszcze jeden magiczny motyw, Threefold Law, Prawo Trójpowrotu: „Cokolwiek uczynisz, dobrego czy złego, powróci do ciebie po trzykroć”.
W wymiarze jednostkowego życia wszystko, co nas spotyka, to, co z tym dalej robimy dla siebie i to, co wysyłamy dalej w świat, widoczne jest na naszej twarzy, rzeźbi ją i modeluje. A ponieważ najważniejsze są zawsze oczy, nie można przywdziać żadnej maski, która mogłaby kogokolwiek skutecznie i tak naprawdę oszukać. Zdawała sobie z tego doskonale sprawę tak powierzchowna osoba, jak Oskar Wilde, autor Portretu Doriana Graya.
A więc właściwie powinno się mówić, że wszystko jest zapisane w oczach, a nie w twarzy. Oczu nie można ukryć pod żadną maską. Dlatego też osoby, które grają nie fair i mają „coś do ukrycia”, starają się podczas rozmowy nie patrzeć zbytnio w nasze. „Po oczach” też można poznać, czy ktoś jest szczęśliwym człowiekiem.
W 1925 roku Witkacy postanowił zakończyć swą twórczość malarską, założył natomiast Firmę Portretową „S.I. Witkiewicz”. W ramach owej (prowadzonej wraz w wyimaginowanymi współpracownikami) firmy zajmował się komercyjnym wykonywaniem portretów na zamówienie, zaś precyzyjne szczegóły i zasady jej funkcjonowania ściśle określił w specjalnym Regulaminie.
To ciekawe, że mniej więcej w tym samym czasie (1923 rok), po wykonaniu dzieła Panna młoda rozebrana przez swych kawalerów, jednak, czyli tajemniczej Wielkiej Szyby, tradycyjnie rozumianą twórczość artystyczną zakończył – przynajmniej oficjalnie – także Marcel Duchamp, który od tej pory poświęcił się grze w szachy. Z niezłym skutkiem, bo w 1925 roku francuska federacja szachowa przyznała mu tytuł mistrza, brał także udział w szachowych olimpiadach. Szachów nie można skomercjalizować, tak jak komercjalizuje się sztukę. Duchamp uważał zresztą, że szachiści są artystami (choć nie wszyscy artyści są szachistami rzecz jasna). André Breton miał o nim powiedzieć, że we wszystkim, co robi, rozgrywa swą wieczną partię szachów.
Tak, o różnicach i podobieństwach postaw Witkacego i Duchampa pisze Porębski (11).
Mogłabym tu jeszcze tylko dodać, że obaj umarli w tym samym, 1968 roku.
Halo halo. Coś Ci się chyba pomyliło... To doskonale znany fakt, że Witkacy umarł 18 września 1939 roku w Jeziorach na terenach należących obecnie do Ukrainy. Wraz ze swoją kochanką i muzą Czesławą Oknińską, którą zresztą odratowano, popełnił samobójstwo na wieść o wkroczeniu Armii Czerwonej na terytorium Polski... Właśnie obchodzimy 70. rocznicę jego śmierci!
Obchodzimy... (śmiech). Dobre sobie. Opisane przez Ciebie wydarzenia to tylko scenariusz kolejnej mistyfikacji Stanisława Ignacego Witkiewicza. Odurzona weronalem Oknińska nie była zbyt wiarygodnym świadkiem, zmieniała swą wersję wydarzeń, nie widziała martwego ciała. W 1988 roku władze sprowadziły jego trumnę do Polski i urządziły uroczysty pogrzeb, jednak ekshumowane w 1994 roku zwłoki, okazały się być szczątkami – jak podaje oficjalny raport – „należącymi do kobiety w wieku 25–30 lat, o wzroście około 164 cm”. Po wojnie ktoś odebrał w Warszawie zamówioną przez niego w 1939 sztuczną szczękę, a w latach 50. Witkacy zaczął wysyłać pocztówki... Podobno jednak sporządzał takie antydatowane kartki, które wręczał przyjaciołom z rozkazem wysłania w odpowiednim momencie, na przykład w roku 2000 którymś... Alternatywny scenariusz zakłada, że Stanisław Ignacy Witkiewicz zmarł w 1968 roku w Łodzi. Wtedy też Czesława Oknińska przestała kupować jego ulubione piwo. Witkacy podobno ukrywał się w jej mieszkaniu, prowadząc grę z poszukującymi go służbami bezpieczeństwa PRL. Z pewnością więcej światła na tę sprawę rzuci już niedługo nowy film Jacka Koprowicza Mistyfikacja(12).
Ty zawsze potrafisz mnie czymś zaskoczyć. Skoro mowa o Witkacym i Duchampie, nie zapominajmy też o Wittgensteinie, ich rówieśniku, który zresztą jako Austriak podczas I wojny światowej służył przez jakiś czas w Krakowie. W 1918 roku, po ukończeniu pracy nad pisanym jeszcze w okopach Traktatem, zaniechał zajmowania się filozofią, do której powrócił jednak nagle w 1928 roku, aby zająć się Dociekaniami na temat „gier językowych”, który to termin „ma podkreślać, że mówienie jest częścią pewnej działalności, pewnego sposobu życia”...(13). Jest w tym motywie ucieczki, nagłego zniknięcia, porzucenia idei coś iście gwiazdorskiego, o czym raczej zapomina się w naszej polskiej, cierpiętniczej kulturze, gdzie zniknięcie kojarzone jest jednoznacznie z rodzajem wykluczenia, chociażby dobrowolnego lub też oznacza klęskę. Tymczasem, aby być sławnym wystarczy dobrze i w odpowiednim momencie zniknąć, o czym świadczą „spotykania trzeciego stopnia” z Jimem Morrisonem, Elvisem, a nawet Andy Warholem... Ostatnio renesans popularności przeżywa Michael Jackson. Wiesz, pomyślałam sobie o tym filmie, który niedawno razem oglądałyśmy...
I'm not there Todda Haynesa, którego nie było w polskiej dystrybucji kinowej, więc jest tu mało znany. Haynes nakręcił film zapowiadany jako „prawdziwa, zmyślona, przerysowana historia o największym artyście, buntowniku, poecie naszych czasów”, żyjącym ciągle Bobie Dylanie, w którym nie przedstawia jednej spójnej wizji, nie podejmuje jednoznacznej i zwartej próby stworzenia całościowego obrazu. To raczej swobodna, elastyczna improwizacja ukazująca liczne aspekty osobowości Dylana, a raczej: migawki z życia sześciu wyrazistych postaci, z których każda (być może) mogłaby być Dylanem, odegrane przez sześć Hollywoodzkich gwiazd: Cate Blanchett, Christiana Bale’a, Heatha Ledgera, Richarda Gere, Bena Whishawa i Marcusa Carla Franklina.
Właśnie, wróćmy jeszcze na chwilę do gier, w które grają ludzie. Czy nie wydaje Ci się, że uczestnictwo w nich jest jednak w pewnym sensie kuszące?
Wiesz, oprócz zabijającej spontaniczne relacje i reakcje toksyczności jest w nich jeszcze coś bardzo przygnębiającego. Kiedy widzisz zbyt wyraźnie, jak inni próbują wciągnąć cię do swoich gierek w roli naiwnego widza-gracza... Kiedy to widzisz tak bardzo wyraźnie, czasami przestaje to być zabawne i zaczyna naprawdę męczyć i irytować... Czasami zaś patrzenie na taką kondycję ludzką jest po prostu bardzo smutne.
Berne kończy swoją książkę zdaniem: „Być może oznacza to, że nie ma nadziei dla gatunku ludzkiego, a tylko dla poszczególnych jego przedstawicieli”(14). Czy jednak kwestia komunikowania się z innymi ludźmi nie powinna być sprawą nadrzędną?
Wydaje mi się, że równie ważna, a właściwie nawet podstawowa jest umiejętność komunikowania się z samym sobą. Większość ludzi jednak rażąco to zaniedbuje, otumaniając się czymkolwiek, skutecznie uniemożliwia ten wewnętrzny kontakt. Powoduje to liczne problemy, kompleksy, frustracje, nerwice, kłujące pod skórą ambicyjki, które co jakiś czas zaczynają swędzieć… Hodowanie w sobie tego zielska, zamiast troskliwego pielęgnowania ogródka świadomości, powoduje nieobliczalne spustoszenia w najprostszych relacjach międzyludzkich. Czasami lepiej po prostu trzymać się od tego z daleka. To oszczędza wiele nerwów. Szczera codzienna rozmowa z samym sobą... gdyby tylko wszyscy ją uprawiali. Zresztą... może to tylko takie złudzenie. Nie wszyscy przecież mają chyba tak naprawdę dobre intencje?
Milczysz? Czy to odpowiedź na moje pytanie? W tradycji euroamerykańskiej kultury odpowiedź w formie milczenia nie jest uznawana za zadowalającą. Tradycja rozbuchanego ego i panoszącego się indywidualizmu uznaje taką postawę za niegodną, traktuje ją jako pasywną oznakę słabości. Zachodnia nauka chce znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie tylko przyjdą jej do głowy. W imię poszukiwań przestrzeni dla swego rozrastającego się ego nie daje spokoju nawet bezbronnym izolatom...
Wiesz... myślę o Wittgensteinie. Kiedy powrócił do filozofii, w Dociekaniach najwyraźniej zrealizował swój postulat kończący wcześniejszy Traktat, pozostawiając pewne kwestie milczeniu. Na 784 znajdujących się tam pytań udziela tylko 110 odpowiedzi, w tym w większości z zamierzenia błędnych(15).
Wittgenstein traktował swoje rozważania jako rodzaj terapii, która miałaby nas uleczyć ze skłonności do filozofowania. Ja z kolei pomyślałam o księciu Siddhartha, który w wieku dwudziestu dziewięciu lat po raz pierwszy wyszedł ze swego wspaniałego pałacu, a to, co zobaczył, spowodowało, że potajemnie porzucił ów pałac, rodzinę i swe królewskie obowiązki i udał się na poszukiwania...
Niezwykłe, że o tym wspominasz. Moją ostatnią lekturą była książka-rozmowa powstała w wyniku spotkania Jeana-Claude'a Carrière, dziennikarza i scenarzysty filmowego współpracującego między innymi z Luisem Buñuelem, z Dalajlamą. Czytamy tam między innymi: „Żaden ślad substancji nie trwa w nas w niezmiennej postaci. Żyjemy w nieprzerwanym strumieniu powiązań, które w każdej chwili warunkują naszą egzystencję. Nie mamy żadnej możliwości mówienia o naszym <
Tak. Budda podważał swój własny autorytet, zalecając zaufanie tylko w stosunku do samego nauczania, nie do nauczyciela. Na kilka kwestii odpowiedział też milczeniem, nie dają się one zgłębić myślą, a nazywa się je „czternastoma niewyjaśnionymi kwestiami”(17). W książce Carrière'a cenny jest też przypomniany wątek powiązań nauki Przebudzonego z surrealizmem. W kwietniu 1925 w trzecim numerze „Révolution surréaliste" ukazał się tekst Antonina Artaud zatytułowany Do Dalajlamy, w którym pisał między innymi: „Wewnętrznie cię przypominam, ja, zawieszony między wszystkimi formami i nie oczekujący niczego więcej oprócz wiatru, ja, ja powiew, powieka, idea, lewitacja, sen, krzyk, porzucenie idei”(18).
Rozmowa Jeana-Claude'a Carrière z Dalajlamą nasuwa niekiedy skojarzenia z rozważaniami Wittgensteina. Fragment, w którym mowa jest o pustce, przypomina mi późny esej O pewności, w którym nawiązuje on do twierdzeń George'a Edwarda Moore'a. Pojęcie pustki należy, obok nietrwałości, braku ego i cierpienia, do czterech podstawowych pojęć buddyzmu. Jak powiada Budda: „Forma jest pustką, pustka jest formą”.
„Najpierw jednak trzeba wyraźnie powiedzieć, że słowo <
Powiedzenie <
W żadnym wypadku. I oznacza również, że wszystkie rzeczy zależą od innych rzeczy. Nic nie istnieje oddzielnie. Zresztą uważam, że w tej kwestii nauka podąża tą samą ścieżką, co my.
Też tak sądzę. Częściej kładzie nacisk na związki między zjawiskami, niż na same zjawiska.
Mówimy, że rzeczy poddane wszelkim wpływom pojawiają się, istnieją i znikają. Nieustannie.
W stałym przepływie.
Nigdy jednak nie istnieją same w sobie. Na przykład ta ręka... […] Sprawia wrażenie trwałej i spójnej. Jawi się patrzącemu jako określona forma. Ma wszelkie pozory jedności. […] Jeśli jednak poważnie się zastanowić, to czym w gruncie rzeczy jest moja ręka? Czy jest palcem? Nie, mogę co najwyżej powiedzieć, że palec jest palcem, nie ręką. Następnie, czy jest kostkami? Nie, ponieważ mogę ją <
Dlaczego zresztą mielibyśmy zatrzymywać się na kostkach?
No właśnie! Mogę zagłębiać się w materię, która tam jest i nigdy tak naprawdę nie natknę się na moją rękę.
Ale posługuje się pan ręką.
Po to jest. I jestem z niej bardzo zadowolony. Tę kombinację różnych elementów, z których każdy się rozkłada i które razem się łączą, nazywamy ręką. To bardzo proste. Tak ją określamy w wyniku procesu umysłowego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Oto, co nazywamy względną rzeczywistością.
Która jest zależna od elementów innych, niż ona sama?
Właśnie. Ponieważ nic się nie dzieje bez przyczyny. Głęboką naturą tej ręki jest przynależność do całej sieci wpływów, z których żaden nie jest trwały.
Dlatego to ręka pewnego dnia przestanie być pańską ręką.
Będzie nią przez bardzo krótki moment w porównaniu z wiekiem świata. Przez ulotną, ledwo dostrzegalną chwilę. Wszyscy jesteśmy przekonani, że żyjemy niezależnie jedni od drugich, że ta ręka, ta kartka papieru mają oddzielne egzystencje.
Nasz umysł potrzebuje oddzielać i nazywać. Nie potrafi zaakceptować złożonej i nieokreślonej wizji świata.
Należy jednak uznać i próbować zrozumieć tę złożoną wizję. Bez tego nadal będziemy trwać w iluzji. Gdyby każda żywa istota, każdy przedmiot posiadały niezależną egzystencję, żaden inny czynnik nie potrafiłby na nie wpłynąć. […].
I właśnie tę nieobecność niezależnej egzystencji nazywa pan <
Tak, dokładnie. Forma jest więc <
Dlaczego pustka ma formę?
Ponieważ każda forma rozwija się w tej pustce, tam gdzie nie ma niezależnej egzystencji. Pustka istnieje tylko po to, aby prowadzić do formy. Nie może być inaczej. Pustka bez formy nie miałaby sensu. W tym sensie kartka papieru jest pusta. Pusta, czyli pełna. Pełna całego kosmosu”(19).
Przypisy:
(1) List A. Jałowieckiej do matki Witkacego z 13 II 1915. Publ. [w:] Witkiewicz Listy do syna, s. 640-641 (Aneks), cyt. za: M. Porębski, Miejsce Witkacego, [w:] tegoż, Interregnum. Studia z historii sztuki XIX i XX wieku, Kraków 1979, s. 203.
(2) M. Porębski, dz. cyt.
(3) E. Berne, W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich, przeł. P. Izdebski, Warszawa 1997, s. 154.
(4) P. Péju, Dziewczynka w baśniowym lesie. O poetykę baśni: w odpowiedzi na interpretacje psychoanalityczne i formalistyczne, przeł. M. Pluta, Warszawa 2008, s.86.
(5) Tamże, s. 86; 129.
(6) M. Wallis, Autoportret, Warszawa 1964 , s.79.
(7) Tamże, s.16.
(8) Zob. P. Piotrowski, Metafizyka obrazu. O teorii sztuki i postawie artystycznej Stanisława Ignacego Witkiewicza, Poznań 1985, s. 100-125.
(9) S. Okołowicz, Przeciw Nicości, [w:] E. Franczak, S. Okołowicz, Przeciw Nicości. Fotografie Stanisława Ignacego Witkiewicza, Kraków 1986, s. 23.
(10) E. Franczak, S. Okołowicz, dz. cyt. s. 27; 62, objaśnienie do fotografii zamieszczonej pod numerem 171.
(11) Zob. M. Porębski, dz. cyt.
(12) Obecnie zaś fotosy z filmu, egzemplarz scenariusza i wywiad wideo z reżyserem można zobaczyć w CSW w Toruniu w ramach wystawy Poszliśmy do Croatan. 19.06.-27.09.09, kuratorzy: R. Rumas, D. Muzyczuk.
(13) L. Wittgenstein, Dociekania filozoficzne, przeł. B. Wolniewicz, Warszawa 1972, s. 20, teza 23.
(14) E. Berne, dz. cyt., s.155.
(15) Zob. W. Sady, Wstęp do Dociekań filozoficznych,
http://sady.umcs.lublin.pl/sady.witt.df.htm [data dostępu: 14.08.2009].
(16) Jego Świątobliwość Dalajlama i J.-C. Carrière, Siła buddyzmu, przeł. B. Kuchta, Warszawa 1998, s. 53.
(17) Zob. tamże, s. 44.
(18) Cyt. za: tamże, s.72.
(19) Tamże, s.178-180.








